Nicpoń wziął pas, zapłacił za obiad, zapłacił za wieczerzę i po raz trzeci ułożył się ze mną na noc.

Tym razem znów mu stanęłam okoniem i to tak dalece, żem się nawet palcem tknąć nie pozwoliła.

Rozjątrzony do żywego, chciał mnie pchnąć sztyletem, aż mnie zimny strach obleciał, musiałam mu przeto nieco pofolgować. Odwróciwszy się tyłem, położyłam mu się na wznak na piersiach, było to niby zaproszenie, które mocno wzmogło lubieżny apetyt jego wielmożności!

Zaczął pode mną kręcić się jak wrzeciono, drygać jak tancerz i na podobieństwo linoskoka dziwne łamańce wyczyniać, póki zabiegi one wymyślne do celu go nie doprowadziły.

Leżałam jak kłoda; ale gdy zuchwalec natrafił już na właściwą drogę, zerwałam się i odwróciłam się doń twarzą. „Dość już tego tarmoszenia, tych nadobnych igraszek. Czas wstawać” — rzekłam.

On ułożył mnie znów tak, jak poprzednio, każąc mi oczyma belki na pułapie rachować, i od nowa rozpoczął swoje diabelskie praktyki.

Ale i do połowy nie dojechał, gdy krzyczeć wniebogłosy zaczęłam: „Puśćcie mnie, puśćcie, już nie mogę więcej, nie myślałam, że to takie okropne!”.

Wtedy sięgnął gorączkowo po sakiew pod poduszką ukrytą, wygarnął z niej tuzin dukatów i sporą garść talarów, wsunął mi złoto w ręce, mówiąc: „Masz!”. A ja na to: „Nie chcę, nie potrzebuję, wynoście się precz!”.

Jednakże pieniądze w garści mocno zacisnęłam, pozwalając mu wsunąć trochę [...] do połowy; tutaj siły go opuściły; nie wytrzymał i oddał ducha.

ANTONIA