— Tak, nie inaczej!

— Bardzo więc mnie potępiasz! Powiedz mi jednak, czyli ci się toż samo zdaje i z końmi, że wszyscy je dobrze wychowują, a jeden tylko ktoś psuje? Czyli też przeciwnie, że jeden tylko może je dobrze wychowuje lub mała liczba nimi się zajmujących, a wielu skoro ich dostanie i spróbuje, zaraz psuje? Czy nie tak jest, Melicie, z końmi i innymi zwierzętami? Nie inaczej zapewne! Czy mi to z Anytem przyznasz, czy nie! Wielkie by to było szczęście dla młodzieży, gdyby tylko jeden ją psuł, a wszyscy do dobrego prowadzili. Dajesz stąd wyraźnie poznać, żeś się o stan młodzieży nigdy nie troszczył i jawnie pokazujesz, żeś na to zupełnie był obojętny, za co mnie tu przed sąd wywodzisz. Powiedz jeszcze, Melicie, zaklinam cię na Boga, czyli lepiej przebywać pośród dobrych niż pośród złych obywateli? Powiedz, dobry przyjacielu! O nic trudnego cię nie pytam. Czy źli nie czynią zawsze coś złego tym, z którymi przebywają, a dobrzy coś dobrego?

— Nie inaczej!

— Czy by więc kto wolał szkodę ponieść od tych, z którymi przestaje, niż co dobrego doświadczyć? Odpowiedz, dobry przyjacielu! Albowiem i prawo nakazuje ci odpowiedzieć! Czy jest kto, co by chciał w czym szkodzić?

— Nikt bez wątpienia!

— Czy pociągasz mnie tu i oskarżasz, że psuję młodzież umyślnie, czy mimowolnie?

— Może umyślnie!

— Jakże to Melicie? Ode mnie przecie jesteś mędrszy w tym wieku, ode mnie w takim zostającego, że wiesz, iż źli zawsze coś złego robią tym, z którymi przestają, a dobrzy coś dobrego! Ja zaś tyle jestem ograniczony, że i tego nie wiem, czy jeśli kogo z tych, co ze mną przestają do złego poprowadzę, sam będę musiał od niego doświadczyć także coś złego. Tak jak mówisz, umyślnie złe gotuję. Tego ci wcale nie wierzę19 i sądzę, że albo nie psuję młodzieży, albo jeśli psuję, to nieumyślnie. W obydwu razach fałsz utrzymujesz. Jeżeli nie z umysłu20 psuję, tedy za nieumyślne przewinienie prawo nie każe tutaj pociągać, lecz na osobności ostrzec i napomnieć. Każdy wie bowiem, że gdybym był napomniany i ostrzeżony, przestałbym to robić, com zrobił niechcący; ty zaś unikałeś przede mną, byś się ze mną nie spotkał i ostrzegł. Nie chciałeś mnie napomnieć; a teraz mnie tu pociągasz, gdzie prawo każe tylko tych pociągać, co zasługują na karę, a nie na napomnienie. Tak więc, Ateńczycy, jawnym już jest, co mówię, że powód do skargi, który podaje Melit, wcale go nie obchodził! Jednakże powiedz, Melicie, skąd sądzisz, że psuję młodzież? Może to jest w samej skardze, którą na mnie podajesz że każę nie wierzyć w bogów, w których u nas wszyscy wierzą, lecz w coś zupełnie nowego. Czy nie tak sądzisz, że tym sposobem psuję?

— Nie inaczej, tak i bardzo!

— Na tych samych jednak bogów, o których mowa, zaklinam cię, Melicie, wytłumacz się mi jaśniej i tym mężom; bo ja nie mogę pojąć, czy mówisz, że każę w coś wierzyć? W tym razie bowiem, wierząc w coś, nie jestem bez religii. Czy też, że wierzę, ale nie w tych bogów, w których wszyscy u nas, lecz w coś innego? I o to właśnie mnie oskarżasz. Czy wreszcie mówisz, że wcale w nic nie wierzę i innym każę to robić? O godny dziwu Melicie! Dlaczegoż tak sądzisz? Że nie wierzę w Księżyc, Słońce, że ich nie uznaję za bogi jak inni. Nie! Przysięgam, Sędziowie, bo mówią, że Słońce jest kamieniem, a Księżyc ziemią. Musisz więc, kochany Melicie, podać skargę na Anaksagorasa21; bo czyż tak źle sądzisz o tych sędziach, i tak ich uważasz za mało obeznanych z dziełami, iż mniemasz, że o tym nie wiedzą, że księgi Anaksagorasa mieszczą w sobie te zdania. A przecież i młodzież to wie ode mnie i nawet z orchestry22 za dwie drachmy23 najwięcej dowiedzieć by się mogła i wyśmiać Sokratesa, gdyby on udawał to za swoje, co należy do kogo innego i samo z siebie jest niedorzeczne. Przeto już więc zdaje ci się, Melicie, że w nic zupełnie nie wierzę. Ja widzę, że ty Melicie nie zasługujesz, byś sam sobie wierzył. Za takiego go uważam, Ateńczycy, za potwarcę bez granic i że skargę tę przeciw mnie podał przez skłonność zbytnią rzucania na drugich potwarzy, przez niepowściągliwość swej mowy i lekkomyślność. Podobnie zaiste postąpił, jakby sobie żart robił i chciał spróbować, czy Sokrates, ten mędrzec, pozna, że ja z niego żartuję i sam z sobą w sprzeczności zostaję; czy też da się zwieść tak jak inni słuchający; albowiem sam przeciw sobie Melit mówi w skardze, gdy twierdzi: „Sokrates występnie postępuje, nie wierząc w bogów, tylko w nich wierząc”. Mowa taka żart tylko okazuje. Zastanówcie się, Sędziowie, dlaczego powiadam, że tak twierdzi. Ty zaś, Melicie, odpowiedz nam, a wy, o co was od początku prosiłem, nie gniewajcie się na mnie, gdy do was zwyczajnym sposobem mówić będę. Jestże kto taki Melicie, co by twierdził, że są rzeczy ludzkie, a ludzi nie masz? Odpowiedz, a nie gniewaj się znowu! Jestże kto, co by mniemał, że nie masz koni, ale są rzeczy, które ich się tyczą, że nie masz muzyków, fletni, ale tylko to, co do nich należy? Nikt bez wątpienia, o najlepszy z ludzi! Jeżeli nie chcesz tego powiedzieć, to ja ci i innym wszystkim powiadam! Ale przynajmniej odpowiedz, czy jest kto, co by w coś boskiego uwierzył, a w bogów nie wierzył?