Sokrates mógłby sobie pozwolić na zjadliwe zwroty pod adresem Meletosa, ale ogranicza się do obiektywnego rysopisu twarzy, który nie wypada zbyt pochlebnie.

Gorzka ironia bije dopiero z jego dalszych słów. On miał przecież to najgłębsze przekonanie, że wpływem swoim podnosi młodych ludzi moralnie i umysłowo, robi ich lepszymi; uczył ich przecież zastanawiać się, myśleć nad swoim postępowaniem i pracować nad sobą, a nie: żyć byle jak, z dnia na dzień. Zarzut psucia młodzieży musiał go więc boleć szczególnie, tym bardziej że wychodził od młodzika, któremu nic nie dawało prawa do tego. Dlaczego Sokrates psucie młodzieży nazywa głupotą, to wyjaśni i rozwinie szerzej w swej Obronie przed sądem. Władza państwowa, którą tu filozof do matki przyrównywa, wcale się dla niego matką nie okazała. Wiedział o tym Platon, przeczuwać to mógł i Sokrates, więc i ten zwrot jest ironiczny. Podobnie i cała pochwała Meletosa, który może myśli robić karierę polityczną, kiedy się waży na taki krok publiczny, jak skarga przeciw Sokratesowi. Sławnym go to zrobi w każdym razie.

Życzliwa arogancja wieszczka

II. Wieszczek zaciekawiony uważa za właściwe pozyskać sobie sympatię filozofa komplementem; chce też wiedzieć coś więcej o treści procesu. Sokrates streszcza skargę, której tekst rozpatrzy dopiero w Obronie. Dwa słowa wystarczyły Eutyfronowi. Już wie, jak doszło do procesu. Zwrot: „Takich ludzi jak my” ma Sokratesa podnieść do poziomu wieszczka. Protekcjonalne branie pod rękę i pocieszanie bardzo nie na miejscu, kiedy nad kimś wisi sprawa gardłowa: nie róbże sobie nic z tego!

Pierwszy cios Sokratesa

III. Sokrates ostrożnie zwraca uwagę, że nie sama oryginalność budzi niechęć tłumu, ale działalność intelektualna, której się Eutyfron zgoła nie oddaje, więc nic dziwnego, że mu nic z tamtej strony nie grozi. Niepotrzebnie pozował na „wroga ludu”.

Po kilku żartach Eutyfron objawia przed oczyma zdumionego Sokratesa, do czego doprowadziła go urzędowa religijność. Opisuje swój zamiar legalny, zbożny, wedle pisanego prawa i wedle uznanego zwyczaju, na który się jednak wzdryga, naturalnym odruchem, dobre serce Sokratesa.

Rozum Eutyfrona i serce Sokratesa

IV. W Eutyfronie te naturalne odruchy zgoła już się nie budzą. Ojciec własny jest mu zupełnie obojętny, jest dla niego tylko przedmiotem prawa. Godzi z zimną krwi na jego wolność i życie, byle się tylko nie „strefić”, byle zostać w porządku z przepisami urzędowej religii. Pełne grozy zdumienie Sokratesa zupełnie nie zbija wieszczka z tropu. Jest nadzwyczajnie pewny siebie. Tak się powinno postąpić, a on się na przepisach zna; on wie, co jest zbożne, a co bezbożne.

Ekspozycja zamknięta. Wiemy, kto z kim gra i o co. Kwestia się wyłoniła sama. Co to jest to, co zbożne, na czym polega zbożność, jaka jest istota i określenie. Nadchodzi rzecz główna dialogu, która się dzieli na trzy części. Od rozdziału V do XIII włącznie część negatywna, poświęcona sformułowaniu kwestii i krytyce popularnych pojęć o zbożności, od XIV do XVI włącznie część pozytywna, poświęcona trafnemu określeniu zbożności, i od XVII do XIX włącznie powtórna krytyka religijności powierzchownej. Rozdział XX zawiera epilog i podaje cel dziełka.