— Zatem do czegoś swojego widocznie skłania się miłość i pragnienie, i przyjazny pociąg, i żądza. Widocznie, Meneksenosie i Lizysie.
Przyznali słuszność obaj.
— Więc wy, jeżeli jesteście przyjaciółmi, to jakoś z natury każdy z was jest dla drugiego niby swój człowiek i jakby krewny.
— Całkowicie — powiedzieli.
— I jeżeli jeden drugiego pożąda — powiedziałem — moi chłopcy, albo kocha, to nigdy by go nie pożądał, nie kochał, ani nie lubił, gdyby jakoś nie był pokrewny przedmiotowi swej miłości; albo co do duszy, ze względu na jakiś rys psychiczny, albo co do obyczajów, albo z urody.
— Tak jest — powiedział Meneksenos. A Lizys milczał.
— No dobrze — powiedziałem. — Więc to, co z natury nam pokrewne, to nam jest miłe i do tego musimy lgnąć. To się pokazuje?
— Widocznie — powiada.
— Zatem, kto naprawdę kocha, a nie udaje, tego musi nawzajem kochać ukochany.
Lizys i Meneksos jakoś bardzo się ociągali z przytakiwaniem, za to Hippotales z radości zaczął się mienić różnymi kolorami.