— Doskonale — powiada — ci będą mu przecież najwierniejsi.
— Co za szczęście takiego dyktatora, jeżeli takich ludzi musi sobie brać za przyjaciół i liczyć na wierność takich, skoro tamtych pierwszych pozabijał!
— A jednak — powiedział — on takich wybiera.
— I podziwiają go — dodałem — ci towarzysze, i obcują z nim ci nowi obywatele, a przyzwoici ludzie nienawidzą go i uciekają.
— Jakżeby nie mieli uciekać?
— To nie bez racji — dodałem — tragedia uchodzi w ogóle za coś mądrego, a Eurypides320 za jej gwiazdę.
— Cóż znowu?
— Bo takie mądre słowo powiedział: „mądrzeją dyktatorzy, z ludźmi obcując mądrymi”. Myślał, oczywiście, że to właśnie są ci mędrcy, z którymi dyktator obcuje.
— Ależ on — powiada — pod niebiosa wynosi dyktaturę, tak ją chwali i tam dalej, a inni poeci tak samo.
— Zatem — ciągnąłem — skoro to są mądrzy ludzie, poeci piszący tragedie, to przebaczą nam i tym, którzy mają ustrój zbliżony do naszego państwa, ponieważ są piewcami dyktatury.