Teodoros: Rozumiem; prawdę mówisz.
Sokrates: Toż ci też, przyjacielu, taki w prywatnym obcowaniu z poszczególnymi ludźmi i w publicznych występach, jak to z początku mówiłem, kiedy mu w sądzie albo gdzieś indziej wypadnie mówić o tym, co tuż pod nogami albo przed nosem, na śmiech się naraża — nie tylko u dziewcząt trackich, ale i u jakiego bądź innego tłumu, kiedy w różne studnie i wszelkiego rodzaju kłopoty wpada, bo doświadczenia nie ma; strasznie to brzydko wygląda i najgorsza opinia stąd. Bo kiedy do besztania przyjdzie, wtedy on żadnej własnej obelgi na nikogo rzucić nie potrafi, bo o nikim nic złego nie wie; nie dba o to i nie dowiedział się. Nie wie, więc śmieszny się wydaje. A kiedy znowu o pochwały idzie i z innych każdy się sam wychwala, on wtedy nic nie udaje, ale śmieje się naprawdę i jawnie, i zaraz na błazna wygląda. Kiedy jakiegoś tyrana albo króla chwalą, on ma wrażenie, że słyszy pochwały pasterza, na przykład świń albo krów, którego wielbią za to, że dobrze doi; on uważa, że znacznie gorsze bydlę od tamtych zwierząt i chytrzejsze ci ludzie pasą i doją, dzikie i niewychowane, bo rozpróżniaczone nie mniej niż ci pasterze ludu, zepsuci, co na górze siedzą w zamku otoczonym murami.
A kiedy usłyszy o kimś, że ktoś dziesięć tysięcy morgów56 albo i więcej jeszcze kupił, więc nieprawdopodobnie wielki majątek posiada, jemu się wydaje, że o jakimś drobiazgu słyszy — on na całą ziemię przywykły spoglądać. A kiedy ludzie o pokoleniach swoich przodków hymny pieją i ktoś tam z butną miną siedmiu dziadków bogatych wyliczyć sobie potrafi, on ma wrażenie, że to pochwała od tępych krótkowidzów pochodzi, którym kultury brak, więc nie mogą wciąż całego świata mieć na oku i wyliczyć sobie, że dziadków i przodków niezliczone tysiące ma z nas każdy, a pośród nich bogatych i ubogich, i królów, i niewolników, i barbarzyńców, i Hellenów57 — nieraz dziesiątkami tysięcy — byle kto sobie znaleźć potrafi. Kiedy się ktoś chlubi wykazem dwudziestu pięciu przodków i wywodzi się od Heraklesa, syna Amfitriona58, jemu się to niewłaściwą skromnością wydaje; był przecież jeszcze przodek dwudziesty piąty od Amfitriona wstecz i był taki, jakim mu być los pozwolił — ten pięćdziesiąty z rzędu, od niego samego licząc. On się śmieje z tych, którzy rachować nie umieją i pozbyć się pychy ze swej leniwej, nierozsądnej duszy. Przy wszystkich takich sposobnościach tłum śmieje się z takiego człowieka, że raz dumnie głowę do góry podnosi — tak wygląda przynajmniej — a drugi raz nie widzi tego, co ma tuż pod nogami, i na każdym kroku popada w kłopoty.
Teodoros: Ze wszech miar, Sokratesie; mówisz tak, jak jest.
XXV. Sokrates: A jeśli on kogoś, przyjacielu, do góry podciągnie i zechce się ktoś dla niego wznieść ponad takie zagadnienia jak: czy to ja ciebie w czymś krzywdzę, czy ty mnie, do rozważania sprawiedliwości samej i niesprawiedliwości, pod jakim względem każda z nich różni się od wszystkiego innego i czym się one różnią od siebie nawzajem, i od zagadnienia, czy szczęśliwy jest król albo człowiek, który posiadł wiele złota, wzniesie się ktoś do rozważań nad władzą i w ogóle nad szczęśliwością i nędzą człowieczą, jakie też one są, jedna i druga, i jak to właściwie naturze ludzkiej przystoi jedną z nich zdobywać, a drugiej unikać — o tym wszystkim, kiedy mówić będzie musiał tamten człowiek o małej duszy, tamten pieniacz chytry i zacięty, wtedy on dla odmiany da widowisko takie, jak tamten dawał poprzednio. Głowa mu się kręcić zacznie, tak wysoko się znajdzie w przestworzu zawieszony, tak bardzo mu z góry patrzeć wypadnie — nieprzyzwyczajonemu; bardzo będzie smutny i zakłopotany i pleść zacznie byle co, na śmiech nie dziewczętom trackim ani komukolwiek z ludzi niewykształconych — ci tego nie zauważą — śmiać się z niego będą wszyscy wychowani tak, jak wolnym ludziom przystało. Oto jest charakter jednego i drugiego, Teodorze. Jeden naprawdę wyrósł wolny już od dziecka i chował się bez przymusu, tego ty filozofem nazywasz; takiemu wcale ujmy nie przynosi, kiedy się wyda naiwny i do niczego, jeśli mu służebne posługi spełniać wypadnie, jeśli nie potrafi tłumoka porządnie spakować ani obiadu przyrządzić, ani układać czołobitnych mów. Drugi takie służby znakomicie i sprawnie wypełniać potrafi, ale płaszcza na ramię nie zarzuci59, jak człowiek wolny, ani w dziedzinie myśli harmonii nie uchwyci, ani prawdziwego życia bogów i ludzi szczęśliwych opiewać nie potrafi.
Teodoros: Gdybyś tak wszystkich, Sokratesie, tym, co mówisz, przekonał jak mnie, więcej by pokoju, a mniej zła między ludźmi było.
Sokrates: Ale zginąć zło nie może, musi zawsze istnieć jakieś przeciwieństwo dobra. U bogów zła nie umocujesz, ono się koniecznie koło natury śmiertelnej plątać musi i po tym świecie chodzić. Dlatego się też starać potrzeba, żeby stąd uciec tam jak najprędzej. Ucieczka to upodobnienie się do boga, według możności. Upodobnić się do niego to stać się sprawiedliwym i pobożnym, przy zachowaniu rozsądku. A tylko, mój kochany, nie tak to łatwo przekonać kogoś, że to nie tak, jak szerokie koła mówią, że trzeba zbrodni unikać, a do dzielności dążyć i do jednego się brać, a od czego innego się wstrzymywać jedynie tylko dlatego, żeby się człowiek nie wydawał złym, ale żeby się wydawał dobry. To jest, jak to mówią, babskie gadanie; tak ja uważam. A prawdę tak ujmujemy: Bóg nie jest w żadnym względzie i żadną miarą niesprawiedliwy, ale jest jak tylko można sprawiedliwy i nic nie jest do niego tak podobne, jak ten spośród nas, który się stanie jak najsprawiedliwszy. Około tego punktu się obraca i prawdziwa dzielność człowieka, i podłość, i niemęstwo wszelkie. Poznanie tego stanowi mądrość i dzielność prawdziwą, a niewiedza o tym — głupotę i złość oczywistą; wszelkie inne zalety pozorne i mądrości objawiane w życiu politycznym to rysy niegodne wolnego człowieka, a objawiane w sztuce — to podłe rzemiosła. Więc jeśli ktoś zbrodnie i bluźnierstwa popełnia słowem lub czynem, to niewątpliwie najlepiej nie przyznawać, że to człowiek wybitny, bo to jest typ zdolny do wszystkiego. On się przecież tą obelgą ucieszy; ma wrażenie, że uchodzi za kompletne zero — on, niegodzien, że go święta ziemia nosi, on się uważa za męża, jakiego państwo potrzebuje, za męża, który ma przyszłość. Więc trzeba prawdę powiedzieć, że tacy ludzie o tyle bardziej są właśnie tym, za co się nie uważają, że wcale się nie uważają za coś podobnego. Bo oni nie wiedzą, jaka kara ściga zbrodnię, a nie wiedzieć o tym najmniej wypada. To nie ta kara, o jakiej oni myślą: te bicia i wyroki śmierci, te nieraz dotykają ludzi zgoła niewinnych — tylko kara, której uniknąć nie sposób.
Teodoros: Ty o jakiej mówisz?
Sokrates: Przecież, mój kochany, dwa pierwowzory w łonie bytu rzeczywistego stoją: z jednej strony to, co boskie i najszczęśliwsze, a z drugiej to, co bezbożne i najnędzniejsze. Oni nie widzą, że tak jest — tak są głupi i tak całkowicie z rozumu obrani. Nie dostrzegają, jak się do jednego z tych pierwowzorów zbliżają przez swoje postępki zbrodnicze, a oddalają się od drugiego. Ponoszą za to karę, bo wiodą życie podobne do swego własnego pierwowzoru. A jeślibyśmy im powiedzieli, że jeśli się swej złości nie pozbędą, to i po śmierci ich nie przyjmie tamten świat, czysty, wolny od wszelkiego zła, tylko tu zawsze będą nosili swoiste piętno swego postępowania i sami zbrodniarze ze zbrodniarzami będą przestawali, oni, te typy niepospolite, a do wszystkiego zdolne, przyjmą nasze słowa jakby z ust jakichś ludzi obranych z rozumu.
Teodoros: Całkiem na pewno, Sokratesie.