Można się domyślić, iż sporządzono protokół zajścia i że mer, najgodniejszym stylem jakim rozporządzał, zdał prefektowi raport, wedle którego zdeptano prawa boskie i ludzkie, zapoznano84 i znieważono powagę jego, mera, jak również i proboszcza; pułkownik della Rebbia stanął na czele bonapartystowskiego spisku, aby zmienić porządek dziedzictwa tronu i pobudzić obywateli do bratobójczej walki: zbrodnie, przewidziane w paragrafie 86 i 91 kodeksu karnego.

Przesada skargi osłabiła jej skutek. Pułkownik napisał do prefekta, do prokuratora: krewny jego żony spowinowacony był z jednym z posłów, inny znów skuzynowany z prezydentem trybunału. Dzięki tym stosunkom spisek rozwiał się we mgle, pani della Rebbia została w lesie, idiotę tylko skazano na dwa tygodnie więzienia.

Adwokat Barricini, niezaspokojony rezultatem, obrócił baterie w innym kierunku. Wygrzebał stary dokument, wedle którego postanowił zaprzeczyć pułkownikowi własności strumienia, który obracał młyn. Wszczął się proces, wlokący się długo. Po roku trybunał gotował się wydać wyrok, i to prawdopodobnie na korzyść pułkownika, kiedy pan Barricini złożył w ręce prokuratora list podpisany przez niejakiego Agostini, słynnego bandytę, który groził jemu, merowi, pożogą i śmiercią, jeżeli nie odstąpi od swych pretensji. Wiadomo, że na Korsyce poparcie bandytów jest bardzo poszukiwane i że dla wygodzenia przyjaciołom interweniują oni często w prywatnych sporach. Mer bliski już był wyzyskania listu na swą korzyść, kiedy nowe wydarzenie powikłało sprawę. Bandyta Agostini napisał do prokuratora, skarżąc się, iż podrobiono jego pismo i rzucono wątpliwe światło na jego charakter, przedstawiając go jako człowieka, który frymarczy85 swoim wpływem: „Jeśli odkryję fałszerza — powiadał, kończąc list — ukarzę go przykładnie”.

Jasnym było, że Agostini nie pisał listu z pogróżkami do mera; della Rebbiowie oskarżali Barricinich i vice versa86. Z obu stron padały pogróżki, a organy sprawiedliwości nie wiedziały, po której stronie szukać winowajców.

Wśród tych okoliczności nagle pułkownik Ghilfuccio został zamordowany. Oto fakty, jak je ustalono w śledztwie: Dnia 2 sierpnia 18..., o zachodzie słońca, niejaka Magdalena Pietri, niosąc zboże do Pietranera, usłyszała dwa strzały, jeden tuż po drugim, oddane, jak się jej zdawało, w wąwozie prowadzącym ku wiosce, o jakie sto pięćdziesiąt kroków. Prawie równocześnie ujrzała człowieka, który silnie pochylony biegł ścieżką przez winnicę, kierując się ku wiosce. Człowiek ten zatrzymał się na chwilę i odwrócił, ale odległość nie pozwoliła rzeczonej Pietri rozpoznać jego rysów; zresztą miał w ustach liść winny, który zasłaniał mu prawie całą twarz. Dał ręką znak, jak gdyby kamratowi, którego świadek nie dostrzegł, po czym zniknął wśród wina.

Kobieta, złożywszy swoje brzemię, pobiegła ścieżką i znalazła pułkownika della Rebbia we krwi, przeszytego dwiema kulami, ale oddychającego jeszcze.

Tuż obok leżała jego strzelba, nabita, z odwiedzionym kurkiem, jak gdyby gotował się do obrony przed kimś, kto go napadał z przodu, w chwili gdy drugi napastnik ugodził go z tyłu.

Pułkownik rzęził i pasował się ze śmiercią, ale nie mógł wymówić ani słowa, co lekarze objaśnili charakterem ran, przechodzących przez płuca. Krew dławiła go; płynęła wolno, czerwoną pianą. Na próżno Pietri podnosiła go i zadała kilka pytań. Widziała, że chce mówić, ale nie mógł dobyć głosu. Zauważywszy, że usiłuje ręką sięgnąć do kieszeni, pomogła wydobyć mały notatnik i podała mu go. Ranny wyjął z notatnika ołówek i próbował pisać. W istocie, świadek widział, iż z trudem nakreślił kilka liter; ale nie umiejąc czytać, kobieta nie mogła zrozumieć ich znaczenia.

Wyczerpany tym wysiłkiem pułkownik zostawił portfel w ręce Magdaleny Pietri, którą to rękę uścisnął silnie, patrząc na kobietę w szczególny sposób, jak gdyby chciał powiedzieć (takie były słowa świadka): „To ważne, to imię mego mordercy”.

Pietri wracała do wsi, kiedy spotkała pana mera Barricini wraz z synem Vincentello. Była już wówczas prawie noc. Opowiedziała, co widziała. Mer wziął pugilares87 rannego i pobiegł do merostwa przypasać szarfę i wezwać sekretarza oraz żandarmerię. Zostawszy sama z młodym Vincentello, Magdalena Pietri starała się go skłonić, aby pośpieszył z pomocą pułkownikowi, w razie jeśli jeszcze żyje; ale Vincentello odpowiedział, iż gdyby się zbliżył do człowieka, który był zaciekłym nieprzyjacielem jego rodziny, niechybnie oskarżono by go, że go zamordował. Niebawem przybył mer; zastał pułkownika bez życia, kazał uprzątnąć trupa i spisał protokół.