— Co za myśl! I pan może przypuszczać!... Skoro pan sam przyznaje, iż nic jeszcze nie mówiła panu. Ależ to okropne z pańskiej strony!
— Gdyby nie myślała o zemście, byłaby od razu zaczęła92 mówić o ojcu; tymczasem nie. Byłaby wspomniała imię tych, których uważa... niesłusznie, wiem o tym, za morderców. Otóż nic, ani słóweczka! Widzi pani, my, Korsykanie, jesteśmy przebiegłą rasą. Siostra rozumie, że nie trzyma mnie zupełnie w swej mocy i nie chce mnie spłoszyć, póki mogę jeszcze uciec. Z chwilą gdy raz zaprowadzi mnie nad brzeg przepaści, skoro zawróci mi się w głowie, pchnie mnie w otchłań.
Wówczas Orso przytoczył pannie Nevil parę szczegółów tyczących śmierci ojca i przedstawił główne dowody, których zbieg każe mu uważać Agostiniego za mordercę.
— Nic — dodał — nie mogło przekonać Kolomby. Widziałem to z jej ostatniego listu. Poprzysięgła śmierć Barricinim i... miss Nevil, widzi pani, jakie mam zaufanie do pani... może nie byłoby ich już na świecie, gdyby wskutek przesądu, usprawiedliwionego jej dzikim wychowaniem, siostra nie żywiła przeświadczenia, że wykonanie zemsty należy do mnie, jako do głowy rodziny, i że jest to kwestia mojego honoru.
— Doprawdy, panie della Rebbia — rzekła miss Nevil — oczernia pan siostrę.
— Nie, pani sama powiedziała... ona jest Korsykanką... myśli tak, jak oni wszyscy. Czy pani wie, czemu byłem tak smutny wczoraj?
— Nie, ale od jakiegoś czasu podlega pan tym napadom czarnej melancholii... Milszy był pan o wiele w pierwszych dniach znajomości.
— Wczoraj przeciwnie, byłem weselszy, szczęśliwszy niż kiedykolwiek. Była pani tak dobra, tak pobłażliwa dla siostry! Wracaliśmy obaj z pułkownikiem łodzią. Czy wie pani, co mi powiedział przewoźnik w swej diabelskiej gwarze: „Zabiłeś dosyć zwierzyny, Ors’ Anton’, ale okaże się, iż Orlanduccio Barricini jest większym myśliwcem od ciebie”.
— No i co! Cóż tak strasznego w tych słowach?
— Ale czyż pani nie widzi, że ten nędznik chciał powiedzieć, że nie będę miał odwagi zabić Orlanduccia?