— Ej! Nie poznajecie mnie, Ors’ Anton’, mnie, który was brałem tak często za siebie na siodło na mego muła, tego, co to gryzie? Nie wiecie już, kto jest Polo Griffo? Dzielny człowiek, wiadomo, i oddany della Rebbiom ciałem i duszą. Powiedźcie słowo, a kiedy wasza duża fuzja zagada, to i ten stary muszkiet, stary jak jego pan, też nie będzie milczał. Licz na to, Ors’ Anton’.
— Dobrze, dobrze, ale do wszystkich diabłów, idźcie już i dajcie nam jechać swoją drogą.
Pasterze oddalili się wreszcie, kłusując żwawo ku wiosce, ale od czasu do czasu zatrzymywali się na wyniosłych punktach, jak gdyby do zbadania, czy nie ma gdzie ukrytej zasadzki; ciągle też trzymali się dość blisko Orsa i jego siostry, aby w potrzebie pospieszyć im z pomocą. A stary Polo Griffo powiadał do towarzyszy:
— Ja go rozumiem! Ja go rozumiem! Nie opowiada o tym, co chce zrobić, ale robi. Wykapany portret ojca. Dobrze! Gadaj ty, że nie masz urazy do nikogo! Uczyniłeś ślub świętej Nega111. Brawo! Już ja bym nie dał ani figi za skórę naszego mera. Nim miesiąc upłynie, nie da się z niej zrobić bukłaka na wino.
Poprzedzany tą forpocztą112, potomek della Rebbiów wjechał do wioski i dotarł do starego dworzyszcza „kaprali”, swoich przodków. Rebbianiści, długo pozbawieni głowy, wysypali się hurmem na spotkanie, ci zaś mieszkańcy wioski, którzy zachowywali neutralność, stali wszyscy w progach, aby widzieć przejeżdżającego. Barriciniści zamknęli się w domach i patrzyli przez szczeliny okiennic.
Mieścina Pietranera zbudowana jest bardzo nieregularnie, jak wszystkie wsie korsykańskie. Domy, rozrzucone kapryśnie, nieuszeregowane w ulice, zajmują szczyt małego płaskowzgórza, lub raczej terasy113. Mniej więcej w środku wioski wznosi się duży dąb; tuż przy nim stoi granitowa kadź, do której drewniana rynna doprowadza wodę z bliskiego źródła. Ten monument użyteczności publicznej wzniosły niegdyś wspólnym kosztem rodziny della Rebbia i Barricinich; ale myliłby się bardzo, kto by w nim widział świadectwo dawnej zgody dwóch rodów. Jest to, przeciwnie, dzieło ich zawiści. Swego czasu, gdy pułkownik della Rebbia przesłał radzie gminnej niewielką sumkę, aby się przyczynić do wzniesienia studni, adwokat Barricini skwapliwie pospieszył z takim samym darem: temu to pojedynkowi na szlachetność zawdzięcza Pietranera posiadanie wody. Dokoła dębu i studni istnieje wolna przestrzeń, którą nazywają rynkiem i gdzie niezatrudnieni mieszkańcy gromadzą się wieczorem. Niekiedy grywają tam w karty, raz na rok zaś, w zapusty114, odbywają się tańce. Na dwóch krańcach placu wznoszą się dość wysokie budowle z granitu i łupku. Są to wrogie sobie wieże della Rebbiów i Barricinich. Są one jednakiej architektury, jednej wysokości i widać z nich, że rywalizacja dwóch rodzin utrzymywała się zawsze w jednej mierze, nieprzeważona losem na żadną stronę.
Nie od rzeczy może będzie wytłumaczyć, co należy rozumieć pod słowem „wieża”. Jest to kwadratowy budynek, wysoki na jakich czterdzieści stóp115, który w innym kraju nazywałby się po prostu gołębnikiem. Bardzo wąska brama otwiera się na osiem stóp nad ziemią, a dochodzi się do niej stromymi schodkami. Nad bramą znajduje się okno z balkonem, podziurawionym od spodu jak machikuł116 forteczny. Otwory te pozwalają zgładzić bez niebezpieczeństwa niepożądanego gościa. Między oknem a drzwiami widzi się dwie grubo rzeźbione tarcze herbowe. Jedna nosiła dawniej krzyż genueński, ale dzisiaj krzyż ten, cały poobtłukiwany, rozpoznałoby chyba oka antykwariusza. Na drugiej tarczy wyrzeźbiony jest herb rodziny, do której należy wieża. Dodajcie, dla uzupełnienia dekoracji, ślady kul na tarczach i na gzymsach, a możecie sobie stworzyć pojęcie o średniowiecznym dworzyszczu na Korsyce. Zapomniałem powiedzieć, iż część mieszkalna budowli styka się z wieżą, a często łączy się z nią wewnątrz.
Wieża i dom della Rebbiów zajmują północną stronę placu w Pietranera; wieża i dom Barricinich południową. Przestrzeń od wieży północnej do studni stanowi miejsce przechadzki della Rebbiów; promenada Barricinich znajduje się po przeciwnej stronie. Od pogrzebu pułkownikowej nikt nie widział, aby członek której z dwu rodzin zjawił się po innej stronie placu niż ta, która mu była wyznaczona jakby milczącą umową. Aby uniknąć okrążania, Orso miał już przejechać pod domem mera, kiedy siostra ostrzegła go i poradziła, aby się skierował w uliczkę, którą można się było dostać do domu, nie przejeżdżając przez plac.
— Po co nakładać drogi? — rzekł Orso. — Czyż rynek nie dla każdego? — To mówiąc, popędził konia.
— Dzielne serce! — rzekła po cichu Kolomba... — Ojcze, będziesz pomszczony.