— Wyrżnąłem bastaccia w samą skroń — ciągnął bandyta — i to mi przypomniało wiersze Wergilego133:

...Liquefacto tempora plumbo

Diffidit, ac multa porrectum extendit arena.134

Liquefacto! Czy pan wierzy, panie Orso, że kula ołowiana topi się przez szybkość lotu, w powietrzu? Pan, który studiowałeś balistykę, może mnie zechcesz objaśnić, czy to bajka, czy prawda?

Orso wolał podjąć dyskusję w tej kwestii fizykalnej, niż spierać się z licencjantem o moralność jego postępku. Brandolaccio, którego ta uczona rozprawa nie bawiła wcale, przerwał ją, aby zauważyć, iż słońce ma się ku zachodowi.

— Skoro pan nie chciałeś podzielić z nami obiadu, Ors’ Anton’ — rzekł — radzę panu nie dać dłużej na siebie czekać pannie Kolombie. Nie zawsze bywa też zdrowo chodzić po polach, kiedy słońce się schowa. Czemu pan wychodzi bez strzelby? Są tu źli ludzie; niech pan uważa na siebie. Dziś nie ma się pan czego obawiać: Barriciniowie sprowadzają do domu prefekta. Spotkali go na drodze; zatrzymuje się jeden dzień w Pietranera, nim uda się do Corte135 położyć jakiś kamień węgielny, jak to nazywają... ot, bzdurstwa! Dziś wieczór nocuje u Barricinich, ale jutro będą wolni. Jest tam Vincentello, wielkie nic dobrego, i Orlanduccio, też nie lepszy... Niech pan się stara spotkać ich osobno, jednego dziś, drugiego jutro; ale niech się pan ma na baczności, tyle tylko panu mówię.

— Dziękuję za radę — rzekł Orso — ale nie mamy z sobą żadnej sprawy; póki nie przyjdą mnie szukać, nie mam im nic do powiedzenia.

Bandyta przekręcił na bok język i strzelił nim o policzek z ironiczną miną, ale nie odpowiedział nic. Orso podniósł się do drogi:

— Ale, ale — rzekł Brandolaccio — nie podziękowałem panu za proch; przyszedł mi bardzo w porę. Teraz niczego mi już nie brakuje... to jest, brak mi jeszcze trzewików... ale sporządzę je sobie w najbliższych dniach ze skóry dzikiego barana.

Orso wsunął w rękę bandyty dwie pięciofrankówki.