Wreszcie ujrzano, jak brama Barricinich otwiera się: prefekt, w podróżnym stroju, wyszedł pierwszy, za nim mer i dwaj synowie. Jakież było zdumienie mieszkańców Pietranera, trwających na czatach od samego wschodu słońca, gdy ujrzeli, jak prefekt w towarzystwie trzech Barricinich przebywa w prostej linii plac i wchodzi do della Rebbiów. „Jednają się!” — wykrzyknęli miejscowi politycy.

— Mówiłem wam przecie — dorzucił jakiś starzec. — Orso Antonio zbyt długo żył na kontynencie, aby załatwiać sprawy jak mężczyzna.

— Ba — odparł jeden z rebbianistów — zważcie, że to Barriciniowie przychodzą pierwsi do niego. Proszą o łaskę.

— To prefekt omotał ich wszystkich — odparł starzec. — Nie ma już dziś odwagi, a młodzi ludzie tyle się troszczą o krew własnego ojca, co gdyby wszyscy byli bękartami.

Prefekt nie ukrywał mocnego zdumienia, kiedy ujrzał Orsa na nogach i schodzącego bez trudu. W dwóch słowach Kolomba przyznała się do kłamstwa i prosiła o przebaczenie.

— Gdyby pan mieszkał gdzie indziej, panie prefekcie — rzekła — brat byłby zaraz wczoraj przybył przedłożyć swoje uszanowanie.

Orso uniewinniał się wszelkimi sposobami, zaręczając, iż nie miał żadnego udziału w tym śmiesznym podstępie, którym był głęboko strapiony. Prefekt i stary Barricini zdawali się wierzyć w szczerość żalów i wymówek, z jakimi zwracał się do siostry, ale widać było, że synom mera to nie wystarcza.

— Drwią z nas sobie tutaj — rzekł Orlanduccio, dość głośno, aby go słyszano.

— Gdyby moja siostra wypłatała mi taką sztuczkę — rzekł Vincentello — wybiłbym jej rychło z głowy ochotę do żartów.

Te słowa i ton, jakim je wymówiono, nie spodobały się Orsowi i osłabiły nieco jego dobrą wolę. Wymienił z młodymi Barricinimi spojrzenia, w których nie było ani śladu życzliwości.