— Jakiż tedy interes miał Tomaso Bianchi? — wykrzyknęła Kolomba z triumfem. — Dzierżawa brata już wygasła, ojciec wypowiedział mu ją pierwszego lipca. Oto regestry ojca, brulion wypowiedzenia, list adwokata z Ajaccio, który stręczył151 nam nowego młynarza.
To mówiąc, podała prefektowi papiery, które trzymała w ręku.
Nastała chwila powszechnego zdumienia. Mer widocznie pobladł; Orso, marszcząc brew, posunął się, aby się zapoznać z papierami, które prefekt czytał z wielką uwagą.
— Kpią sobie z nas tutaj! — wykrzyknął znowu Orlanduccio, podnosząc się z gniewem. — Chodźmy, ojcze, nie powinniśmy byli nigdy tu przychodzić!
Jedna chwila wystarczyła panu Barricini do odzyskania zimnej krwi. Poprosił o papiery; prefekt wręczył mu je, nie mówiąc słowa. Wówczas, podnosząc zielone okulary na czoło, przebiegł je z dosyć obojętną miną, gdy Kolomba przyglądała mu się oczyma tygrysicy, która widzi daniela zbliżającego się do legowiska jej młodych.
— Ależ — rzekł pan Barricini, spuszczając okulary i oddając papiery prefektowi — znając dobrze nieboszczyka pułkownika... Tomaso myślał... mógł myśleć... że pan pułkownik odstąpi od decyzji... Faktycznie, został w posiadaniu młyna, zatem...
— To ja — rzekła Kolomba pogardliwie — zachowałam mu go. Ojciec mój umarł i w moim położeniu trzeba mi było oszczędzać stronników.
— Mimo to — rzekł prefekt — ów Tomaso przyznaje, że napisał list... to jasne.
— Co jest dla mnie jasne — przerwał Orso — to, iż wielkie łajdactwa kryją się w całej tej sprawie.
— Muszę jeszcze sprzeciwić się jednemu twierdzeniu tych panów — rzekła Kolomba.