— Może pan Orso wziął się górą — rzekł przewodnik — my jechaliśmy dolinami.
Ale Kolomba potrząsnęła głową i dalej gubiła się w pytaniach. Mimo wrodzonego hartu, wzmożonego jeszcze dumą, każącą ukryć wszelką słabość oczom cudzoziemców, niepodobieństwem jej było stłumić niepokój. Niebawem zaraziła nim pułkownika i miss Lidię, skoro ich wtajemniczyła w szczegóły usiłowanego pojednania, które obróciło się tak nieszczęśliwie. Miss Nevil nie mogła usiedzieć w spokoju, nalegała, aby rozesłano gońców we wszystkich kierunkach; pułkownik zaś ofiarował się wsiąść z powrotem na konia i udać się z przewodnikiem na poszukiwanie. Obawy gości przypomniały Kolombie obowiązki gospodyni. Siliła się na uśmiech, nalegała na pułkownika, aby siadł do stołu, i znalazła dla wytłumaczenia nieobecności brata dwadzieścia prawdopodobnych motywów, które niweczyła sama po chwili. Sądząc, iż obowiązkiem jego jako mężczyzny jest starać się uspokoić kobiety, pułkownik poddał również jakieś tłumaczenie.
— Założyłbym się — rzekł — że della Rebbia spotkał zwierzynę i nie mógł się oprzeć pokusie; zobaczycie, że wróci z pełną ładownicą. Do kroćset! — dodał. — Toć160 słyszeliśmy na drodze cztery wystrzały. Dwa były głośniejsze, tak iż rzekłem nawet do córki: „Założę się, że to della Rebbia poluje. Tylko moja dubeltówka może robić tyle hałasu”.
Kolomba pobladła, Lidia zaś, która śledziła ją z uwagą, odgadła bez trudu, jakie podejrzenia nasunęło jej przypuszczenie pułkownika. Po milczeniu trwającym kilka minut Kolomba spytała żywo, czy dwa głośniejsze strzały dały się słyszeć przed innymi, czy po nich. Ale ani pułkownik, ani miss Lidia, ani przewodnik nie zwrócili uwagi na ten zasadniczy szczegół.
Około pierwszej, gdy żaden z posłańców Kolomby nie wrócił, zebrała całą siłę woli i zmusiła gości, aby usiedli do stołu; ale z wyjątkiem pułkownika nikt nie mógł jeść. Za najmniejszym hałasem na rynku Kolomba biegła do okna, następnie wracała smutna, aby usiąść, i jeszcze smutniej siliła się prowadzić obojętną rozmowę, do której nikt z obecnych nie miał serca i którą przerywały długie momenty milczenia.
Naraz usłyszano galop.
— Och, tym razem to Orso – rzekła Kolomba, wstając.
Ale na widok Chiliny siedzącej po męsku na koniu Orsa:
— Orso nie żyje! — krzyknęła rozdzierającym głosem.
Pułkownik upuścił szklankę, miss Nevil wydała krzyk, wszyscy pobiegli ku bramie. Nim Chilina zdołała zeskoczyć z wierzchowca, Kolomba uniosła ją jak piórko, na wpół dusząc w ramionach. Dziecko zrozumiało jej straszliwe spojrzenie: pierwsze słowo dziewczynki było toż samo, co w chórze Otella161: „Żyje”. Kolomba zwolniła uścisk i Chilina skoczyła na ziemię lekko jak młoda kotka.