Fatik wołał od czasu do czasu:
— Dobra...! Cztery węzły! Dobra... pięć węzłów... dalej!
Słyszał razu pewnego okrzyki marynarzy sondujących dno rzeki i oto teraz mierzył i sam niezgłębioną toń jakiegoś morza...
Późnym wieczorem wpadła do pokoju matka Fatika i poczęła płakać, zawodzić i wydawać głośne okrzyki.
Bisszambher chciał ją uspokoić, ale biedna kobieta rzuciła się na łóżko syna, wołając:
— Fatiku... drogie dziecko moje! Fatiku kochany...
Ręce Fatika, szarpiące ciągle kołdrę, uspokoiły się na chwilę. Spojrzał w sufit i powiedział:
— Już nadeszły!
Matka zawołała znowu:
— Fatiku! Fatiku!