W tej chwili zawołał znowu ów obłąkany Meher Ali: „Precz! Precz! To wszystko kłamstwo! To wszystko kłamstwo!”. Otworzyłem oczy i spostrzegłem, że już jasny dzień. Służący wszedł i przyniósł mi korespondencję, zaś kucharz, złożywszy mi na powitanie głęboki pokłon, czekał na moje rozkazy.
Powiedziałem sobie: „Nie, nie mogę tu dłużej pozostać!”. Tego samego zaraz dnia spakowałem swoje manatki i przeniosłem się do urzędu. Ujrzawszy mnie, stary Karim Khan uśmiechnął się z lekka. To mnie podrażniło, ale nic nie mówiąc, zabrałem się do roboty.
Z nadejściem wieczoru zacząłem się robić roztargniony; zdawało mi się, jak gdybym miał z kimś umówioną schadzkę, wobec której przegląd rachunków za bawełnę wydał mi się pozbawiony wszelkiego znaczenia; ba, nawet godność nizama nie przedstawiała dla mnie wielkiej wartości. Wszystko, co należało do teraźniejszości, wszystko, co się poruszało, chodziło i pracowało na chleb, wydało mi się bez znaczenia, niedorzeczne i godne pogardy.
Rzuciłem pióro, zamknąłem księgę główną, siadłem na swój wózek zaprzężony w kuce i pojechałem. Zauważyłem, że równo o zmierzchu wózek stanął sam przed bramą marmurowego pałacu. Szybkimi krokami wybiegłem po schodach na górę i wszedłem do sali.
Panowało w niej przygnębiające milczenie. Pokoje patrzyły na mnie ponuro, jakby zagniewane. Serce me pełne było skruchy, ale nie było nikogo, przed kim mógłbym je otworzyć lub kogo mógłbym prosić o przebaczenie. Chodziłem po tych pokojach jak nieprzytomny. Pragnąłem mieć gitarę, aby przy jej dźwięku zaśpiewać nieznajomej: „O, ogniu, ćma, która na próżno chciała ujść, powróciła do ciebie! Wybacz jej ten jedyny raz, spal jej skrzydła i pochłoń ją w swym płomieniu”.
Nagle z góry padły na me czoło dwie łzy. Tego dnia ciemne masy chmur leżały na szczytach gór Avalli. Posępne lasy i mętne fale Susty czekały w straszliwym napięciu i groźnym milczeniu. Naraz ziemia, woda i niebo zadrżały i dziki wicher z wyciem pognał dalekimi, nieznającymi ścieżek lasami, szczerząc błyszczące zęby jak obłąkany, który w napadzie szału stargał swe łańcuchy. Puste sale pałacu zatrzasnęły drzwi i jęknęły żałośnie w śmiertelnym strachu.
Cała moja służba znajdowała się w gmachu rządowym, więc nie było nikogo, kto by pozapalał lampy. Noc była chmurna i bez księżyca. Pogrążony w głębokich ciemnościach czułem wyraźnie, że na kobiercu przed łóżkiem leży na twarzy kobieta i targa w rozpaczy swe długie rozpuszczone włosy. Krew zalewała jej piękne czoło, a kobieta to śmiała się okrutnym, przykrym, bezdusznym śmiechem, to wybuchała gwałtownym, konwulsyjnym łkaniem, to znów darła na sobie gorset i biła się w obnażoną pierś; a wiatr wył przez otwarte okno i rzucał do pokoju strugi deszczu, tak że kobieta przemokła na wskroś.
Przez całą noc trwała burza, a wraz z nią bez przerwy to namiętne zawodzenie. Błądziłem w ciemnościach z pokoju do pokoju, pogrążony w beznadziejnym smutku. Kogóż miałem pocieszać, skoro nikogo nie było? I któż to wił się w tak strasznej męce? Co było przyczyną tej niepocieszonej troski?
Tu rozległ się znów krzyk obłąkanego: „Precz, precz! To wszystko kłamstwo! To wszystko kłamstwo!”.
Spostrzegłem, że już się rozwidnia i że Meher Ali mimo straszliwej burzy obchodzi dokoła pałac ze zwykłym sobie okrzykiem. Naraz przyszło mi na myśl, że może on także mieszkał kiedyś w tym domu i że, mimo iż zmysły postradał, przecie zaklęty przez marmurowego demona co dzień musi doń przyjść i obchodzić go dokoła.