Palimpsest Powstanie
„ — Zawołać naszych chłopaków?
— Zawołaj!”
(Edward Stachura, Siekierezada)
Wstęp
Powstanie warszawskie, mimo upływu 75 lat, wciąż budzi żywe dyskusje i kontrowersje. Szczególnie w ostatniej dekadzie widoczny jest wzrost zainteresowania jego tematyką wykraczający poza środowiska historyków i pasjonatów militariów. Szlak bojowy większości powstańczych oddziałów doczekał się swoich monografii, nakręcono seriale oraz filmy dokumentalne i fabularne z Miastem ’44 na czele, ukazały się komiksy, a symbole Polski Walczącej zagościły na stałe w świadomości polskiego społeczeństwa. Nie ulega wątpliwości, że i w bieżącym 2019 roku na przełomie lipca i sierpnia Polska zostanie zalana rocznicowymi artykułami, okolicznościowymi wywiadami z coraz mniej licznymi świadkami godziny „W” i komentarzami zarówno poważnych, jak i domorosłych historyków. Czy jest w tej sytuacji sens i potrzeba wypuszczania kolejnej publikacji poruszającej problem przebiegu powstania, czego podjął się w książce Palimpsest Powstanie Radosław Wiśniewski? Można by zapewne stwierdzić, że takich wydawnictw były już dziesiątki, jeśli nie setki w 2004, 2009 czy 2014 roku. Jednak już pierwsze strony Palimpsestu zmuszają do refleksji, że wymyka się on prostemu zaszufladkowaniu. Autor, który wplatając w narrację własne doświadczenia, zadbał o nadanie mu osobistego, unikalnego charakteru, nie poszedł na skróty ścieżkami przetartymi przez autorów wydawnictw popularnych. Zamiast tego zadał sobie trud poznania i przelania na papier prawdziwych historii ludzkich. Historii tak często kryjących się za suchymi słowami opracowań naukowych analizujących działania bojowe w Warszawie, w których na koniec opisu starcia zwięźle wylicza się poległych i rannych, gdzieniegdzie okraszając go jeszcze przymiotnikiem „zacięte”, „bohaterskie”. Czy dzisiaj jesteśmy w stanie w pełni zrozumieć wymiar owego bohaterstwa? Powstanie dla obecnego pokolenia, przyzwyczajonego już do pełnych półek w sklepach, swobodnych podróży po świecie i korzystania z najnowszych osiągnięć techniki, jest doświadczeniem niewyobrażalnym. Radosław Wiśniewski wystrzegł się jednak pułapki patosu, w którą łatwo wpaść historykowi XX-wiecznych dziejów Polski. W jego Palimpseście jest poświęcenie, odwaga, patriotyzm wyrażający się czynem, a nie czczą gadaniną, lecz również egoizm, małostkowość i zbrodnicza wręcz głupota. Są postaci powszechnie znane, jak Marek Edelman czy Krystyna Krahelska, ale są i takie, o których trudno znaleźć wzmiankę w najpopularniejszych źródłach pamięci zbiorowej o powstaniu. Godne naśladowania przykłady zachowania i postaw tym bardziej zabłysną na ponurym tle warszawskiej hekatomby, jeśli nie będziemy ich przypisywać spiżowym pomnikom powstańców, lecz ludziom z krwi i kości. Ludziom, którzy w chwili próby postępowali przyzwoicie i odważnie z wyboru, w warunkach przekraczających ich wytrzymałość psychiczną i fizyczną. Takich książek, ukazujących ludzki wymiar powstania warszawskiego, do których z czystym sumieniem można zaliczyć publikację Radosława Wiśniewskiego, nigdy za wiele.
Artur Wodzyński
Prolog
Było ze czterdzieści lat po wojnie. Postanowiłeś wreszcie pokazać matce, że twój rower to statek kosmiczny „Feniks” z serialu Załoga G1, że jest zwinny, szybki oraz zwrotny. I był zwinny, szybki oraz zwrotny, ale udawało się to tylko przez chwilę, bowiem najechałeś rowerem na kant studzienki kanalizacyjnej wstającej ponad rozmiękły od wczesnoletniego upału asfalt i twoje drogi z rowerem dramatycznie się rozeszły. To znaczy on stanął, a ty leciutki niczym gołąbeczek pokoju poleciałeś głową naprzód i uderzyłeś twarzą o krawężnik. Niewiele z tego pamiętasz, poza tym, że zachłystywałeś się krwią, a bardziej niż ból czułeś przerażenie. Matka podniosła cię najpierw tak jak leżałeś, ale wtedy krew chlusnęła na ziemię. Matka przestraszyła się, więc odwróciła cię twarzą ku słońcu. Tak trzymając cię w ramionach, pobiegła na przełaj przez dwa pasma dzisiejszej alei Sikorskiego w stronę bloków mieszkalnych po drugiej stronie. Zadzwoniła do pierwszych drzwi na parterze. Otworzyła jej starsza kobieta i bez słowa wpuściła do mieszkania, wskazała łazienkę, pomogła obmyć cię z krwi, śliny i łez. Okazało się, że rany są paskudne i brzydkie, ale bardziej powierzchowne, niż można by przypuszczać. Wyglądało na to, że poza złamanym zębem i wywiniętą, zmaltretowaną górną wargą — nie wyniesiesz z tego wypadku trwałych śladów na resztę życia.
— Niech Pani położy chłopczyka na kanapie u męża w pokoju, niech trochę ochłonie — powiedziała starsza pani, która otworzyła drzwi i dodała jeszcze z ciepłym uśmiechem adresowanym do ciebie — do wesela się zagoi...