Wtedy nie rozumiałeś zupełnie, co to znaczy, bo nie za bardzo rozumiałeś sens słowa „wesele”. Wiadomo było tylko tyle, że to jakiś bardzo odległy termin, a ta świadomość nie zadziałała uspokajająco. Mąż starszej pani siedział w głębokim fotelu, przykryty do kolan kocem w kratę, w zaciemnionym, pełnym książek pokoju. Patrzył na ciebie z uśmiechem, kiedy matka kładła cię na szerokim, miękkim łóżku. Jeszcze trochę popłakiwałeś, bo miałeś tylko sześć lat i jeszcze nikt nie zdążył ci powiedzieć, że nie jesteś nieśmiertelny.
— Boli cię? — zapytał cicho mąż starszej pani, patrząc ci w oczy i uśmiechając się przy tym. Nie było w tym uśmiechu nagany, zdziwienia, wyzwania, że chłopaki nie płaczą. Nie dziwił się, że jak boli, to się płacze. — Moi koledzy czasem też płakali, wiesz? Często bywało, że któregoś zraniła kula, odłamek... — westchnął, patrząc na ciebie i nadal uśmiechając się spod krzaczastych brwi, dodał — i wtedy było dużo krwi i bardzo bolało. Było Powstanie. I myśmy mieli po parę lat tak jak Ty, i nosiliśmy pocztę albo meldunki, albo zwykłe wiadomości od ludzi do ludzi. I bywało, że któryś z nas zostawał ranny. I jak bardzo bolało, to płakał czasem... Będą ciebie uczyli, że słodko i zaszczytnie jest umierać za Ojczyznę, ale wiesz... na pewno nie słodko, na pewno nie słodko... — tutaj starszy człowiek przerwał na chwilę, nabrał w płuca powietrza, nosem nachylił się ku tobie, a ty z tego wszystkiego przestałeś płakać i patrzyłeś na niego szeroko otwartymi oczami.
Nagle nie widziałeś już starszego, siwego pana na fotelu, przykrytego kocem w kratę, ale chłopaka takiego jak ty, w krótkich portkach, z podciągniętymi podkolanówkami, albo odwrotnie — zwiniętymi w kluchę na kostce, umorusanego kurzem, gdzieś na warszawskim podwórku. Namnożyło się tych postaci. Nie ma wokół bloków z wielkiej płyty, bo jeszcze nikt jej nie wymyślił. Jest gorące lato. Płoną wokół domy, wyją nad głowami Stukasy2, startujące kilka razy dziennie z niezdobytego w Godzinie „W”3 przez baterię „Kuba”4 Okęcia. Starszy pan jest zatem chłopcem i próbuje się bawić tak jak ty czterdzieści lat później. Nie przekonuje nikogo, że ma rowerek, który jest jak „Feniks” z Załogi G, bo tej bajki jeszcze nikt nie wymyślił, ale jest może jak Indianin ze szczepu Czarnych Stóp, szybki, zwinny i dzielny. Ale nagle słyszy z boku wizg, a potem głuche uderzenie, jakby coś twardego uderzało w poduszkę, w puch. Kolega obok zachłystuje się krwią, a matka go niesie bezwładnie zwieszonego z rąk do pierwszych drzwi na parterze najbliższej kamienicy, gdzie bez słowa otwiera jej obca kobieta i wprowadza do łazienki, żeby przemyć dziecko z krwi, ale po umyciu okazuje się, że rany nie są powierzchowne, a krew nie przestaje płynąć.
— ...oni płakali, bo bolało, to zupełnie normalne i ludzkie... — starszy pan dalej uśmiechał się ciepło, patrząc ci w oczy i jeszcze raz zawiesił głos, jakby chciał się upewnić, że dobrze sobie to wszystko wyobraziłeś — ale potem jakoś przestawali, bo koledzy, czasem gorzej ranni, poparzeni, poszarpani — leżeli obok i patrzyli, a jak oni patrzyli, to i jakoś to płakanie nam przechodziło, że to jednak nie fason.
I oni już byli blisko, może w spojrzeniu starego człowieka, który uśmiechnął się szerzej, przymknął oczy i odchylił się ze spokojem na oparcie fotela, nie przeczuwając nawet, z jaką armią zostawił ciebie na resztę życia.
Trzymać fason. Bateria „Kuba”
Wytyczne mówiły, że raz ogłoszone pogotowie bojowe nie powinno być odwołane. Zebrane w lokalach konspiracyjnych oddziały z wyfasowanym uzbrojeniem, zaopatrzeniem, przygotowanymi służbami w pobliżu celów natarcia będą prawie na pewno trudne do ukrycia, tym bardziej, że przecież to wszystko młodzi ludzie z fantazją niemal ułańską. Zamykają drzwi, legitymują mieszkańców, nawet przeprowadzani przez łączniczki do miejsc koncentracji w małych grupach — rzucają się w oczy. Z drugiej strony pogotowie bojowe nie powinno być utrzymywane dłużej niż dwie doby. Ludzi w lokalach konspiracyjnych trzeba wyżywić, trzeba dać jeść, pić, muszą gdzieś spać. Niemożliwe jest utrzymanie pełnej tajemnicy przy ogłoszeniu pogotowia, odwołaniu i ponownym ogłoszeniu, a tajemnica jest kluczem do zaskoczenia, a zaskoczenie — jedynym sprzymierzeńcem licznych, ale słabo uzbrojonych konspiratorów. Uzbrojonych tym gorzej, że latem jeszcze wyekspediowano ze składnic Warszawy za Wisłę około 900 pistoletów maszynowych własnej roboty z amunicją, bo przecież nikt nie brał poważnie pod uwagę włączenia do planu „Burza”5 samej Warszawy.
Tymczasem na wieść o tym, że gubernator Warszawy6 wydał obwieszczenie nakazujące stawić się ludności cywilnej w dniu 28 lipca do robót fortyfikacyjnych, Komenda Okręgu ogłasza rano tego samego dnia pogotowie bojowe we wszystkich oddziałach. Powinno to oznaczać, że najpóźniej wieczorem dnia następnego, czyli 29 lipca 1944 roku, skoncentrowane oddziały dostaną rozkaz ataku. Skojarzenia między zarządzeniem gubernatora Fischera a branką Wielopolskiego7 wydają się oczywiste. Ale ludność Warszawy nie stawiła się do robót, a Niemcy nie zareagowali tak, jak tego można by się spodziewać. W powietrzu czuć, że są w strasznym popłochu, że w maszynie okupacyjnej coś się zaciera. Na pytanie jednego ze sprzedawców, co tak młode panie kupują u niego tyle białych materiałów, odpowiadają podobno, że wojna się kończy, narzeczeni będą wracać i trzeba na śluby się szykować. Pogotowie jednak tego samego dnia, 28 lipca po południu, odwołano. W związku z godziną policyjną było za późno na rozwiązanie koncentracji i faktycznie wszyscy nocowali w kwaterach mobilizacyjnych, w praktyce na podłogach prywatnych mieszkań. W ramach pogotowia oddziały osiągnęły liczebność bliską 80% zaprzysiężonych członków. To było bardzo dużo. Kiedy pogotowie odwołano, oddziały musiały na wypadek nowego pogotowia poszukać nowych miejsc zbiórki, poszukać nowych magazynów zdawanej broni, siłą rzeczy nie mogły być to miejsca wybrane z takim rozmysłem i tak dobrze przygotowane jak te, których wybór i przygotowanie trwało ostatnich kilka miesięcy.