Kiedy dosłownie dwa dni później bez wcześniejszego ogłoszenia pogotowia zapada decyzja o wyznaczeniu godziny „W” na 1 sierpnia, godzinę 17:00, staje się jasne, że wiele oddziałów nie będzie w stanie zebrać się równie szybko i sprawnie jak w czasie pierwszego pogotowia. Ocenia się, że w Godzinie „W” zebrano średnio 50% stanów i wydano około 30% zakonspirowanej broni. Decyzja o wybuchu Powstania zostaje wydana 31 lipca o godzinie 19, jeżeli wziąć pod uwagę, że było to tuż przed godziną policyjną, to na koncentrację pozostawało przedpołudnie 1 sierpnia, mało jak na regularne wojsko, a co dopiero na wojsko podziemne. Gorsze wykonanie koncentracji wynika prawdopodobnie też z tego, że ogłaszanie alarmu i jego odwołanie bywa demobilizujące. Kiedy ten pierwszy alarm okazuje się próbą, myślisz, że ten drugi to raczej też nie będzie na poważnie. Co więcej — wyznaczenie godziny natarcia na 17 jest także zaskoczeniem, ale dla powstańczych dowódców. Przez wiele miesięcy przygotowywano się do uderzenia na umocnione posterunki niemieckie o zmroku lub przed świtem — wtedy, kiedy czujność przeciwnika jest najbardziej osłabiona. Uderzenie w biały dzień na obiekty, które często są umocnione, w sytuacji gdy broń to najczęściej granaty, których zasięg jest mierzony siłą rzutu i nie przekracza z zasady 20–30 metrów, w pełnej widoczności, wobec przytomności nieprzyjaciela — nie jest szczytem marzeń tych, którzy mają na poły bezbronne powstańcze wojsko poprowadzić do szturmu.
Szczególnie trudne zadanie Komenda Okręgu AK powierza pułkowi „Garłuch”, który ma w trzech batalionach nominalną siłę 1800 ludzi i ma za zadanie, uderzając wielkim półkolem z Okęcia, Służewca, Rakowa, zająć lotnisko na Okęciu i zakłady PZL8 przy ulicy Krakowskiej. Ten pozornie odległy od centrum zdarzeń punkt wydaje się szalenie istotny. Z jednej strony w świetle zamiarów i nadziei Komendy Głównej AK — zajęcie lotniska miało pozwolić na w miarę szybki, niezakłócony przerzut Brygady Spadochronowej9. Z drugiej — jak pokaże przebieg Powstania — zajęcie lotniska mogłoby znacząco obniżyć aktywność niemieckiego lotnictwa bombowego, które dysponując niewielkimi siłami, dzięki posiadaniu lotniska dosłownie o płot od obiektów, które miało atakować, mogło jednak wykonywać kilkadziesiąt akcji dziennie. Wadze zadań powierzonym pułkowi „Garłuch” nie odpowiadał stan uzbrojenia. Dowódca pułku, major Stanisław Babiarz ps. Wysocki10, jeszcze 1 sierpnia rano udaje się do kwatery głównej komendanta okręgu „Montera”11 i próbuje przekonać go, że jego oddziały nie mają dość odpowiedniego wyposażenia, by nacierać w otwartym w większości terenie na umocnione obiekty, a Okęcie jako lotnisko wojskowe było umocnione, obsadzone m.in. przez baterie działek przeciwlotniczych. Perswazje nic nie dały i rozkaz został podtrzymany.
O godzinie 17:00 Pułk „Garłuch”12 miał wykonać zaskakujące uderzenie na niemieckie pozycje wokół Okęcia. O godzinie 16:00, wobec słabości uzbrojenia swoich żołnierzy, wobec tego, że udaje mu się zebrać nie więcej niż 60–70% stanów oddziałów, wobec tego, że większość żołnierzy ma nacierać w otwartym terenie na umocnionego przeciwnika, wobec czołgów, które przechodzą w pobliżu lokali konspiracyjnych — major „Wysocki” wydaje rozkaz o odwołaniu natarcia. Nie wszędzie ten rozkaz dociera. Gdzieniegdzie nie ma to większego znaczenia, bo niektóre grupy i oddziały powstańcze zostają zdekonspirowane po drodze na koncentrację. Większa część Kompanii „Maria” z III batalionu pułku zostaje osaczona w domu numer 175 przy szosie Krakowskiej. Niemcy strzelają do budynku ze wszystkiego co mają, w tym z automatycznych działek przeciwlotniczych, przed którymi osłony nie dają ceglane ściany. Budynek zostaje podpalony. Większość żołnierzy kompanii ginie 1 i 2 sierpnia lub dostaje się do niewoli, co jest równoznaczne z rozstrzelaniem. Do ataku rusza także II batalion pod dowództwem majora Aleksandra Mazura ps. „Zawisza”13, ale wobec przewagi nieprzyjaciela „Zawisza” nakazuje wycofać się na pozycje wyjściowe i czekać na dalsze rozkazy. Wieczorem major uda się do dowódcy pułku, przez przypadek wpadnie na niemiecki patrol i zginie.
Pułk miał też swój oddział artylerii polowej o kryptonimie „Anna”, a od swojego dowódcy — porucznika Romualda Jakubowskiego ps. „Kuba”14— zwany po prostu Baterią „Kuba”. Nie trzeba dodawać, że bateria nie miała ani jednego działa. Podzielona na trzy plutony, posiada na ponad stu osiemdziesięciu ludzi 6 pistoletów maszynowych, 3 karabiny, kilkadziesiąt sztuk broni krótkiej i czterysta granatów ręcznych. Sam „Kuba” — wedle relacji zebranych przez Stanisława Podlewskiego — nie widział szans powodzenia wykonania zadnia, na ostatniej odprawie miał to powiedzieć wprost. Od majora „Wysockiego” usłyszał podobno:
— Panie poruczniku, proszę nie mędrkować, tylko słuchać...
Tymczasem rozkaz o odwołaniu ataku w ogóle nie został wysłany do baterii „Kuba”. Na uwagę szefowej łączności zgrupowania, że nie została wysłana łączniczka do porucznika „Kuby”, major „Wysocki” miał rzucić tylko:
— To tacy zapaleńcy i odważni do szaleństwa — nuż im się uda zdobyć lotnisko.
Zatem Bateria „Kuba” miała uderzyć sama, tylko przypadkiem wspierana przez elementy II i III batalionu, które uległy dekonspiracji, albo do których rozkaz o odwołaniu natarcia nie dotarł na czas, nie na tyle szybko, by dowódcy nakazali odwrót. Uderzenie całym pułkiem rozproszyłoby może nieco ogień Niemców, dało jakieś szanse na bezpieczny odskok, bo że natarcie zakończy się niepowodzeniem, było raczej do przewidzenia, świadczyła o tym spóźniona mocno decyzja majora „Wysockiego”. Ale jest za późno, chłopcy wybiegają już kwater, truchtają uliczkami, alejkami, kobiety klękają, robią znaki krzyża, modlą się. Jakiś chłopiec podbiega do kaprala Kazimierza Twardo ps. „Łysy”15 i prosi:
— Panie, dajcie mi jakąś broń. Chcę bić Niemców.