— Synku, wracaj do mamy!
— Kiedy chcę bić Niemców z wami.
Kpr. „Łysy” (Kazimierz Twardo) wkłada mu w rękę granat-sidolówkę, w biegu pokazuje jak zerwać zawleczkę, odliczyć trzy sekundy ściskając łyżkę i rzucić. Ale zanim ktokolwiek będzie mógł rzucić granat, trzeba przebiec niemal otwarte pole, zaorany ugór bez żadnej zasłony terenowej. Chłopcy rozsypują się z drużynowych kolumienek w tyralierki i przeskakują pierwszy odcinek dzięki zaskoczeniu, ale Niemcy błyskawicznie orientują się, że nie jest to żadne generalne natarcie. Raczej pomyłka. Bateria „Kuba” koncentruje na sobie cały ogień, strzelają ciężkie karabiny maszynowe, kładąc zapory ogniowe, snajperzy, automatyczne działka przeciwlotnicze, startuje samolot Fi-156 Storch16 i z jego pokładu ktoś dokłada jeszcze seriami z góry, zza pleców, od strony szosy krakowskiej wyjeżdża jeden (według innych relacji dwa) samochody pancerne i chłopcy dostają też ogień w plecy. „Kuba” co i raz próbuje poderwać ludzi, bo wie, że zaleganie w otwartym polu to śmierć, ale zwraca na siebie uwagę, zostaje trafiony. Odzywają się od czoła natarcia głosy, że dowódca ranny, dawać sanitariuszkę, ale szybko okazuje się, że dowódca już nie żyje. Wkrótce ginie też jego zastępca, podporucznik Tadeusz Jędrzejak pseudonim „Harley”17. I wtedy podnosi się dowódca pierwszego plutonu, brat „Kuby”, podporucznik Zbigniew Jakubowski ps. „Słoń”18 i daje głos. Żeby w tej krwawej łaźni wiedzieli, że jest głos, który dowodzi, że walka trwa. Dopiero teraz dociera do wszystkich rozkaz wycofania, że natarcie odwołane. Cofają się jak kto może, ostrzeliwani ze wszystkich stron, niemający czym odpowiedzieć. „Słoń” wraz z grupką kilkunastu ludzi cofa się na Zagościniec, ale tam dostają się pod silny ostrzał od strony alei Lotników i giną. Poszczególne grupy będą krążyły, niektórzy spróbują przeniknąć do Kampinosu, niektórzy na Mokotów, gdzie wielu też dosięgnie śmierć, tylko niecałe dwa miesiące później. Ze stu osiemdziesięciu ludzi Baterii „Kuba” ginie ponad 120, wielu rannych jeszcze następnego dnia dobijają na przedpolu Niemcy.
Przy pożegnaniu z matką „Kuba” miał powiedzieć:
— Pamiętaj matulko, że to wojna, możemy nie powrócić. Nie wolno ci się załamywać, fason trzeba trzymać do końca.
Zła noc
Nadchodzi zmierzch i ciężka noc. Żołnierze Pułku „Garłuch” nie bardzo wiedzą, co mają robić. Cofnięci na pozycje wyjściowe, często pod ogniem nieprzyjaciela, nie dostają nowych rozkazów. Grupy żołnierzy domagają się od oficerów jakiejkolwiek decyzji, niektórzy chcą na własną rękę przebijać się w stronę kompleksów leśnych — Lasów Chojnowskich albo Puszczy Kampinoskiej. Pułk „Garłuch”, wskutek braku zdecydowania w ciągu tej nocy i następnego dnia, w zasadzie przestanie istnieć. Luźne ale liczne grupy młodych, częściowo uzbrojonych ludzi wędrujące w różnych kierunkach będą zwracały uwagę tyłowych patroli niemieckich. Będą wyłapywani i rozstrzeliwani, część dotrze na Mokotów, część się rozproszy.
To ciężka noc, w której trwają walki, ale trwa też exodus z miasta. Ogólne wrażenie jest takie, że godzina „W” w zasadzie nigdzie nie przynosi jednoznacznego sukcesu. Większość strategicznych i operacyjnych obiektów wyznaczonych do zajęcia pozostaje w rękach niemieckich. Mosty, dworce, duże budynki użyteczności publicznej. Straty powstańców są bardzo ciężkie. Mówi się o ponad dwóch tysiącach zabitych i rannych. Taka rzeź nie powtórzy się w czasie Powstania, jeżeli mowa o skutkach walki w jednostkach liniowych. Bo oczywiście ludność cywilna swój największy koszmar ma dopiero przed sobą. Jeden z historyków Powstania, Jerzy Kirchmayer19, zarzuci „Monterowi” w powojennych opracowaniach, że planując Godzinę „W” na godzinę 17, rozumował jak przedwojenny polowy dowódca, który chciał rozpoznać przeciwnika walką, ocenić jego położenie, gdzie trzyma się mocno, a gdzie słabo, pod osłoną nocy przegrupować swoje siły i o świcie uderzyć na przeciwnika znowu. Sam „Monter” przyznawał po wojnie, że zamiarem było dozbroić się w obiektach słabo obsadzonych i wzmocnić się przed uderzeniem na obiekty silnie obsadzone. Przy czym dzięki temu rozproszono i tak słabe siły, wyznaczając im setki równorzędnych celów, bez cienia myśli, że raz odparte natarcia nie zostaną wznowione, bo oddziały się rozsypią, wyjdą samowolnie z miasta, nie nawiązując łączności z wyższym dowództwem albo po prostu — jak bateria „Kuba” po pierwszym ataku — przestaną istnieć.