Lot nad Warszawę w obie strony trwał około 11–12 godzin, a trasa liczyła około 2800–3000 kilometrów. Trzeba było trafić nad miasto, co podobno nie było takie trudne, bo miasto płonęło jak pochodnia. Ale należało jeszcze znaleźć miejsce zrzutu — co nie było łatwe, bo trzeba było wypatrzyć ogniska ułożone w krzyż wśród szalejących pożarów. Trzeba było przelecieć nad strefą zrzutu na możliwie małej wysokości („ślizgając się po dachach”) we wściekłym ogniu ze wszystkiego, co Niemcy mieli na dole, najwolniej jak się dało — i celnie zrzucić ładunek. Potem trzeba było często postrzelanym jak sito samolotem wrócić do siebie i bezpiecznie wylądować. Dowódca 31 dywizjonu SAAF4444 określił loty nad Warszawę jako „Mission Impossible”. W jednym z filmów dokumentalnych młody wówczas pilot z Południowej Afryki wspomina, jak pierwszy raz zobaczył trasę lotu na mapie. Baza była na samym dole całościennej mapy, w okolicy kolan, a kolorowa taśma wspinała się na przeciwległy kraniec mapy pod sam sufit do Warszawy. Żeby ją zobaczyć, trzeba było zadrzeć wysoko głowę. „To niemożliwe” — pomyślał w pierwszej chwili. Opowiadał to do kamery stary człowiek, śmiejąc się pogodnie, jak to potrafią tylko starsi ludzie, ze świadomością, że są już poza układem odniesienia, poza oceną, bo swoje już zrobili.
Gotowość zrzutów na Warszawę zgłosili na początku sierpnia Amerykanie z 8 Armii USAAF w ramach wahadłowych operacji bombowych „Frantic”, kiedy samoloty startowały z lotnisk alianckich, bombardowały cele, a następnie lądowały w bazach sowieckich i w locie powrotnym do baz alianckich bombardowały kolejne cele. Taki model operacji de facto wydłużał ich zasięg o dobre kilkaset kilometrów, bombowce nie musiały bowiem zabierać paliwa na powrót tą samą trasą do baz. Jednak kiedy w grę weszła pomoc dla walczącej Warszawy, Amerykanie na zgodę na lądowanie w sowieckich bazach musieli czekać ponad miesiąc. Zgody tej nie uzyskały załogi 1586 polskiej eskadry specjalnego przeznaczenia, 31 i 34 Południowoafrykańskiego Dywizjonu SAAF ani dywizjonów 178 i 148 RAF, na których to lotnikach, latających z baz w południowych Włoszech, spoczął główny ciężar zaopatrywania Powstania. I ci lotnicy zapłacili najwyższą cenę. Jedyna wyprawa 8 Armii USAAF miała miejsce 18 września 1944 roku, zrzut nastąpił z bardzo dużej wysokości — ponad 4000 metrów — i 3/4 zasobników spadło na tereny zajęte przez Niemców albo na tzw. „ziemię niczyją” i trzeba je było odbijać. Lotnicy latający z Włoch nadlatywali naprawdę „ślizgając się po dachach”, mieli dużo wyższą skuteczność w zrzutach. I wyższą śmiertelność.
Loty co jakiś czas przerywano i wznawiano. Na przykład dlatego, że kończyły się w jednostkach sprawne samoloty i żywe załogi, o co nie było trudno przy wysokości strat, która sięgała 20–30% startujących załóg co noc. Zdarzało się, że loty odbywały się nielegalnie, kiedy to załogi 1586 eskadry startowały bez wiedzy i zgody wyższego dowództwa. Częściowo zrekonstruowany „Liberator” w Muzeum Powstania Warszawskiego to właśnie maszyna w barwach tej jednostki. W jego rekonstrukcji wykorzystano fragmenty wraku samolotu numer boczny KG89OGR-S (załoga kapitana Zbigniewa Szostaka), który w nocy z 14 na 15 sierpnia został zestrzelony nad Puszczą Niepołomicką. Załoga wyskoczyła, jednak spadochrony z powodu niskiej wysokości lotu nie otworzyły się i wszyscy zginęli.
Po 15 września 1944 loty 1586 eskadry wstrzymano z braku załóg i samolotów.
Ostatnich zrzutów dla Warszawy dokonano w nocy z 21 na 22 września 1944 roku, a uczyniły to załogi dywizjonów SAAF.
W operacjach brało udział łącznie 2. 472 pilotów: 637 Polaków, 735 Brytyjczyków i Południowoafrykańczyków i 1. 100 Amerykanów. Zostało zestrzelonych 256 pilotów Sił Sprzymierzonych: 112 Polaków, 133 Brytyjczyków i Południowoafrykańczyków oraz 11 Amerykanów. Z zestrzelonych pilotów ocalało 41.
Lotnicy wiedzieli, że nie są w stanie odwrócić losów Powstania, ale jak to powiedział jeden z weteranów: „Chodziło o symbol, że nie jesteście zapomniani, zostawieni samym sobie”.
Dla South African Air Force to były najkrwawsze misje w dziejach formacji. Dwudziestoparoletni chłopcy z Południowej Afryki nie mieli kompletnie nic wspólnego z europejską rzezią, ze środka której wzywała pomocy jakaś tam Warszawa, ale jak mówi tekst piosenki Lao Che — nie pękali, szli na śmierć, ot tak na krótką koszulę, razem z kolegami z Kanady, Anglii i Polski. Nikt z pilotów ze wspomnianych tutaj dywizjonów RAF i SAAF nie odmówił wykonania misji nad Warszawę.
Rządy, dowództwa może zawiodły.
Oni nie.