Trafiona przy kolejnych egzekucjach strzałami oddanymi do innych osób, ranna w nogi Wanda Lurie wieczorem wypełzła spod zwału trupów. Została niebawem ponownie pojmana i skierowana do obozu przejściowego w Pruszkowie.

Heinz Reinefarth został skazany wyrokiem niemieckiego sądu wojennego w 1945 roku na karę śmierci za brak determinacji w obronie Kostrzyna. Wyroku nie wykonano. Żaden inny sąd nigdy nie postawił go w stan oskarżenia. Po wojnie był między innymi burmistrzem miasta Westerland i deputowanym landtagu Szlezwik-Holsztyn.

Wanda Felicja Lurie w obozie w Pruszkowie 20 sierpnia 1944 roku urodziła syna. Nadała mu imię Mścisław.


Którzy nie zawiedli

Urodziłem się w Warszawie i mieszkałem w niej przez pierwszych kilka lat życia. Pamiętam całkiem sporo z tych pierwszych lat życia. Na przykład wyprawy na Powązki na Wszystkich Świętych. Oprócz odwiedzania grobów bliskich zawsze zabieraliśmy kilka zniczy dla tych, do których nikt nie przychodzi. Miałem prawo wybrać, komu zapalimy świeczkę. Mało sprawiedliwie szukałem grobów lotników, chociażby symbolicznych, bo zawsze nosiły jakąś ozdobę przypominającą samolot. Im ciekawsza ozdoba, tym większa była szansa, że wskażę dany grób. Na Powązkach było tego trochę, w tym mój ulubiony, jakby to strasznie nie brzmiało, grób lotników kanadyjskich walczących w szeregach RAF4141 latających z zaopatrzeniem dla Powstania Warszawskiego. Ich historia skapywała we mnie powoli, wraz z całą historią Powstania, półsłówek, czasem pełnych zdań, a wraz z tym rosła świadomość, by sparafrazować słowa Poety — jaką przebodli mnie ojczyzną.

Im dalej od wydarzeń, tym więcej komiksu, wideoklipu, mema, tym mniej kłopotliwych szczegółów, psujących czarno-biały obraz świata detali. Powszechna narracja, jaka dominuje w Polsce, jest taka, że myśmy się bili, a oni nas opuścili. Pomijając już fakt, że nie było żadnego „myśmy”, bo nas, żyjących dzisiaj, wtedy nie było. A tak zwana narracja często jest prostackim spłaszczeniem tego, co się nie da streścić w pohukiwaniu do rytmicznego ruchu zaciśniętych pięści. Owszem, Warszawa walczyła w strategicznej izolacji, ale nie było tak, że nikt nie próbował pomóc. Próbował i te próby pomocy kosztowały bardzo drogo. Po 7 sierpnia widać też było, że minęły te dwa-trzy dni, jakie miało potrwać Powstanie. Minął okres, kiedy Powstańcy próbowali rozszerzać swój stan posiadania. Teraz problemem było jego utrzymanie.

8 sierpnia 1944 roku, po interwencjach u aliantów polskiego rządu domagającego się wznowienia zrzutów dla Warszawy, wysłania tam Brygady Spadochronowej gen. Sosabowskiego oraz przyznania żołnierzom AK statusu kombatantów i wymuszenia traktowania jeńców z AK zgodnie z konwencjami haskimi — zezwolono ponownie na loty ze wsparciem dla Powstania. Z zastrzeżeniem, że mają to być loty wyłącznie o charakterze ochotniczym.

Po pierwszej próbie zrzutów dla Warszawy w nocy z 3 na 4 sierpnia 1944 alianci zabronili lotów nad Polskę. Po pierwsze — 3 na 4 sierpnia nie było zgody na lot do Warszawy i 7 polskich załóg miało zezwolenie tylko na loty ze zrzutami zaopatrzenia nad południową Polskę. 4 załogi złamały ten zakaz, lecąc nad Warszawę, w tym 1 została zestrzelona w okolicach Sulejowa przez nocny myśliwiec Luftwaffe. Z 7 załóg brytyjskich, które poleciały tej nocy na inne zrzutowiska na terenie Polski — 5 nie wróciło do baz, poległo 17 lotników, 6 dostało się do niewoli, 5 ukryła Armia Krajowa. Był to poziom strat dla aliantów nieakceptowany, do czego doszła „chwalebna niesubordynacja” polskich załóg i to był powód, dla którego do 8 sierpnia lotów ze zrzutami nie było.

Samoloty startowały z baz w południowych Włoszech, leciały nad terytorium opanowanym przez nieprzyjaciela, gdzie czyhały na nie strefy ognia przeciwlotniczego i nocne myśliwce. Załogi jadły na zapas na czas lotu, po czym zażywały środek na zaparcie, bo samoloty nie posiadały toalety. Zaraz po wylądowaniu brały za to środek na przeczyszczenie, żeby móc od razu iść spać. Same samoloty, jakimi latały załogi na zrzuty do Polski, to były najczęściej przerobione na potrzeby operacji specjalnych Handley Page „Halifax”42 albo B-24 „Liberator”43. Pomalowane na czarno, z założonymi tłumikami płomieni na rury wydechowe silników, pozbawione większości uzbrojenia dla zwiększenia zasięgu i prędkości przelotowej. Ponieważ latały w pojedynkę i w rozproszeniu, i tak nie mogły się w razie czego ratować siłą ognia. Najczęstszą bronią przeciwko myśliwcom nocnym był unik i manewr, zerwanie kontaktu, dopiero w ostateczności ogień obronny. Zarówno dla „Halifaxów”, jak i „Liberatorów” lot do Warszawy był krańcowym wysiłkiem jeżeli chodzi o zasięg i wytrzymałość załóg. Na dokładkę loty odbywały się latem, w czasie wyjątkowo krótkich, a zatem niesprzyjających działaniom specjalnym nocy.