Prawa kombatanckie alianci przyznają Armii Krajowej dopiero 30 sierpnia 1944 roku, dwanaście dni po von dem Bachu. Taka ironia losu. Ale ich stosowanie przez Niemców będzie selektywne i wybiórcze. Doświadczą tego wszystkie zdobywane dzielnice, a w szczególności podpalane miotaczami ognia i płytkami białego fosforu powstańcze szpitale na Starym Mieście.

Dlaczego zatem ta propozycja zostaje odrzucona? Dopiero co został wydany przez Komendę Główną AK rozkaz mówiący o tym, że oddziały partyzanckie mają iść na pomoc walczącej Warszawie. Do Kampinosu ruszył kilka dni temu z wyprawą jeden z oficerów Kedywu major „Okoń”59, który miał zastąpić rannego w walkach 1 i 2 sierpnia majora „Szymona” i zorganizować z dobrze uzbrojonego leśnego wojska grupę odsieczową, która miałaby uderzyć odciążająco z Żoliborza na Stawki, Powązki, z których ledwo co wycofały się oddziały Kedywu „Radosława”. Ani Komenda Główna AK, ani dowódca warszawskiego okręgu AK „Monter” nie wiedzą za dobrze, jakie siły powstańcze są na Żoliborzu, nie mówiąc o możliwości oceny siły zgrupowań partyzanckich w Kampinosie, ale wszyscy czekają na ten ruch z dużą nadzieją. Nikt nie wie, że na Żoliborzu siły powstańców liczą zaledwie około 500 ludzi i nie ma mowy, żeby były w stanie stworzyć większe zgrupowanie uderzeniowe.


Strategia porażki

Próbuję pamiętać, przypominać sobie, być tam dzień po dniu. Ułomnie, bo przecież praca, bunt dwulatka, zobowiązania i obowiązki (wbrew pozorom to nie to samo, chociaż jedno często z drugiego wynika). I co roku dziwi mnie, jak długo to trwa. Kiedyś, jeszcze w końcu lat 80-tych, nadawano w radio codziennie audycję na podstawie książki Władysława Bartoszewskiego „Dni Walczącej Stolicy”. To dawało jakieś wyobrażenie, fragmentaryczne, ale jednak. Audycje zaczynały się w środku lata, kończyły się zaś, kiedy większość drzew już rudziała i zdarzały się przygruntowe przymrozki. To dawało wyobrażenie, odległe echo tamtego trwania. Powstanie trwało i krwawiło.

Jest noc z 22 na 23 sierpnia. Nad ranem 22 sierpnia skończyło się niepowodzeniem drugie natarcie oddziałów z Żoliborza wspartych przez oddziały leśne z Kampinosu na Dworzec Gdański, które miało na celu odciążenie Starego Miasta, a w perspektywie utworzenie połączenia między nim a Żoliborzem. Z kolei Kampinos wobec słabości niemieckich sił wokół Warszawy miał dosyć bezpieczne kanały przerzutu sprzętu i ludzi z Żoliborzem. Niemcy bali się działań na tym odcinku. Między Starym Miastem a Żoliborzem mieli w ręku pas terenu szeroki zaledwie na 600 metrów z linią kolejową i Dworcem Gdańskim.

Dwa polskie natarcia, szykowane i zapowiadane od połowy sierpnia, miały miejsce w nocy z 20 na 21 i 21 na 22 sierpnia. W sumie kosztowały życie około 500 powstańców. Straty oddziałów szturmowych wyniosły około 75% stanów wyjściowych, co oznacza, że zginęło lub zostało rannych 3 na 4 żołnierzy idących do ataku. Było to jedno z najkrwawszych starć w czasie Powstania. Operacja wymagała łączności i koordynacji różnych ugrupowań, współdziałania ze Starym Miastem — a tego zabrakło. Między innymi zrezygnowano z sygnalizowania rakietami momentu rozpoczęcia ataku, aby rzekomo nie niweczyć efektu zaskoczenia. Łączność radiowa między dzielnicami odbywała się via Londyn. Wyglądało to tak, że depeszę trzeba było zaszyfrować, nadać do Londynu, gdzie trzeba było ją odebrać, rozszyfrować, zaszyfrować ponownie, nadać do odbiorcy, który musiał ją odebrać i rozszyfrować. Często rozkazy, sugestie i plany nie pokrywały się już z zastaną sytuacją operacyjną. Niemcy znali znaczenie tego rejonu i spodziewali się powstańczej akcji w każdej chwili. W połowie lipca, więc jeszcze przed wybuchem Powstania, ustawili tam pociąg pancerny i czołg. Będący tam niejako „przejazdem” saperzy 19 Dywizji Pancernej umocnili teren schronami bojowymi, stanowiskami granatników i moździerzy. Rejon był też flankowany ogniem bocznym m.in. z Cytadeli i Fortu Traugutta. O żadnym zaskoczeniu od początku nie mogło być mowy.

Ataki były prowadzone w nocy, ale w czasie pierwszej próby uderzenia oddziały żołnierzy z Kampinosu ruszyły do ataku z gromkim okrzykiem „Hura!”, co zdaje się nijak się miało do efektu zaskoczenia. Oba natarcia odbyły się praktycznie bez łączności, bo ta opierała się ciągle na gońcach i pisemnych rozkazach, jakby był rok 1939. Zabrakło właściwego rozpoznania terenu, poszczególne poddziały gubiły się w nim i w ciemnościach traciły orientację. Koniec końców zabrakło koordynacji tak po stronie poszczególnych oddziałów z Żoliborza i Starego Miasta, jak i na większą skalę, między obiema walczącymi dzielnicami. Trudno powiedzieć, czy zadania, jakie postawiono przed zgrupowaniami, w istniejących warunkach były w ogóle wykonalne.

Ewakuacja rannych odbywała się za dnia. Nie była łatwa, bo Niemcy, już w nocy dobrze wstrzelani w teren, teraz dosyć celnie strzelali do bezbronnych sanitariuszek, z których kilka zginęło. Popołudniem 22 sierpnia część rannych, których nie zdołano ściągnąć z przedpola Starówki, rozjechały niemieckie czołgi, m.in. na boisku „Polonii”60.