24 sierpnia rano podano tę wiadomość dowódcom zgrupowań, a oni przekazali ją podkomendnym. Cezary Chlebowski w beletryzowanym „Reportażu z tamtych dni” opisuje, że karne dwuszeregi się zachwiały, było blisko buntu, dało się słyszeć krzyki „Zdrada!”, „Nie wracamy!”, „Na Warszawę!”. Leśne wojsko miało swoje zdanie. Trudno znaleźć teraz bezpośrednią relację, ale to chyba trwało dłuższy czas, kiedy — rzecz nie do pomyślenia w regularnym wojsku — dowódcy przekonywali podkomendnych do decyzji odwrotu, a podkomendni chcieli iść się bić. Niektórzy oficerowie chcieli popełnić samobójstwo. Część zgrupowań odeszła 24 sierpnia wieczorem, część 25 sierpnia, część 26 sierpnia. Nastąpiło to niemal w ostatniej chwili, bowiem Niemcy już zaczęli gromadzić wokół siły, aby wielkie zgrupowanie partyzanckie zniszczyć.
27 sierpnia decyzję „Mieczysława”, na granicy niesubordynacji i dezercji przyjął do wiadomości dowódca AK gen. „Bór”, jednak polecał niejako w zamian zdobyć jeden z większych ośrodków na terenie AK „Jodła” — Kielce lub Radom. Do niczego takiego nie doszło, nie było mowy o operowaniu dużym zgrupowaniem w terenie, który był silnie nasycony regularnym wojskiem, na tyłach frontu wschodniego. Podobno niektórzy z żołnierzy AK, odwracając wzrok i posłusznie odmaszerowując, mieli łzy w oczach. Odchodzili na rozkaz, ale nie do domów. Czekały ich długie tygodnie leśnej walki, wielu z nich walczyło jeszcze w listopadzie 1944 roku. Raz rozwiązana koncentracja miała się już nie powtórzyć.
Zbigniew Zieliński75, żołnierz 74 pułku piechoty AK z Radomska, napisze w swoich wspomnieniach:
„Kiedy wracaliśmy w połowie września w rejon wymarszu — do lasów radomszczańskich — i maszerowaliśmy zwartym szeregiem przez wieś Cielętniki, jakaś kobieta wyskoczyła z chałupy, uklękła na drodze i krzyczała: „O Boże! — mnie hitlerowcy wywieźli po upadku Woli i wszystkich straciłam... to u nas chłopcy z butelkami w ręku atakowali czołgi, a tu prawdziwe Wojsko Polskie...”.
Nie wszyscy ci młodzi ludzie przeżyli wojnę, ale można zaryzykować chybotliwe przypuszczenie, że przeżyło ich jednak dużo więcej, niż gdyby dowództwo okręgu „Jodła” zdecydowało się kontynuować marsz w stronę płonącego miasta i podjęło decyzję w tamtym momencie oczekiwaną przez ogół. Sztab podjął jednak inną, psychicznie o wiele trudniejszą, decyzję o odwrocie.
O sile intencji
No proszę sobie wyobrazić. Jest lipiec, lata dziewięćdziesiąte, nad orawską wsią zapada mrok i to jest prawdziwy mrok. Na wzgórzach nie mrugają jeszcze stacje przekaźnikowe gsm, drogę przez wieś, która ma około 600 numerów i długość około 12 kilometrów, oświetla ledwie kilkadziesiąt latarni, nikt nie oświetla sobie podwórek, ścian domów, ganeczków, daszków nad drzwiami. Siedzimy w chacie na wzgórzu, pod ścianą stoi stary metalowy piec na drewno, w którym tli się ogień, na fajerkach grzeje się czajnik, wokół krząta się Jola, żona Franka. Franek siedzi niby to wygodnie rozparty za stołem na ławie, ale kiedy mówi, całym sobą wyraża jakiś rodzaj niepokoju. Mamy po kilkanaście lat, jesteśmy przekonanymi o swojej nieomylności gnojami, każdy wybór, którego do tej pory dokonywaliśmy, wydawał się być jedynym możliwym, każde odkrycie miało posmak prawdy ostatecznej.
Do Franka chodziliśmy na rozmowy o duchowości. Franek miał wiele w sercu, wiele w głowie i wiele na półkach. Na co dzień pracował jako psychiatra i psycholog dla policji, po godzinach zajmował się życiem. Intensywnie musiał je testować, sprawdzać, odrzucać kolejne zasłony, iluzje, pewnie — tego dzisiaj nie wiem — samo życie lubiło zrzucać przed nim swoje ciuszki, ale niewiele i tak odsłaniało. Za kilka lat spotkamy się już jak dorośli ludzie i Franek powie, że od kiedy miewał w nocy ataki astmatyczne i z trudem łapał oddech, zrozumiał, że wszystko, co przeczytał czy usłyszał o duchowości, to jedno wielkie nic, że kiedy brakuje ci oddechu w nocy — liczy się tylko oddech i on się robi od tego bardzo świadomy. Ale na razie jeszcze jest mrok, noc, lipiec, w ciemnościach nad wsią wznosi się wielka góra, która wcale nie jest znowu taka wielka, ale największa w okolicy, dlatego to ją miejscowi nazywają Synajem — a nie tatrzańskie granie widoczne przy dobrej pogodzie po przeciwnej stronie. I Franek jeszcze nie miewa bezdechów w nocy. Jest pełen życia, drżenia, a wydaje się, że żadna z książek, które czytał, nie przyniosła jego duszy ukojenia. I dzieli się właśnie tym stanem, nie daje odpowiedzi, nie zgrywa żadnego guru, mimo że jest od nas starszy o dwa pokolenia i mógłby. Ale przecież wszyscy jesteśmy przechodniami, wszyscy w drodze. Jesteśmy i zaraz znikamy.
— Więc, rozumiesz, intencja... — Franek zerkał na mnie swoimi przeraźliwie niebieskimi oczyma spod bandanki zrobionej z kraciastej, flanelowej koszuli, z którą nie rozstawał się nawet tutaj, pod dachem, kiedy nie groziło mu zalanie potem z wysiłku — ...intencja załatwia wszystko, rozumiesz, jest ważniejsza od modlitwy, medytacji, mantrowania, wszystko to gówno, jeżeli nie masz intencji, właściwej intencji, nie masz tej świadomości, że ta intencja jest właściwa... musisz to wiedzieć, bo to jest najważniejsza rzecz, inaczej to wszystko co robisz jest gówno warte...