Być może to spowoduje, że po 4 września pojawiają się coraz częściej relacje o gnaniu przed atakującymi czołgami i działami pancernymi cywilów i rannych, wziętych do niewoli Powstańców. To metody znane i sprawdzone w praktyce przez Niemców na Woli i Starówce. Będą je stosować nadal, mimo że 3 września w oficjalnej audycji radiowej Niemcy uznają prawa kombatanckie żołnierzy AK.

Spychaniu żołnierzy ze zgrupowania „Krybar” na Powiślu, wzmocnionych ledwo co wycofanymi ze Starówki niedobitkami ze zgrupowania „Róg”, towarzyszy coraz słabiej kontrolowany exodus ludności cywilnej napędzany świadomością tego, jaki los spotkał ludność Woli, Ochoty i Starego Miasta. Cywile z Powiśla uciekają do Śródmieścia Północnego, a ci z Północnego przez zajęty przez Powstańców, ale ostrzeliwany na wylot fragment Alej Jerozolimskich odpływają do Śródmieścia Południe, które uchodzi za spokojniejsze. Dalej już nie ma gdzie uciekać. Daje się słyszeć zdania „Zostawią nas jak tamtych na Starówce i na Woli”, ludzie pomstują na powstańców, obrzucają ich obelgami, plują im pod nogi. Często gniew dotyka nie tych z pierwszej linii, ale tych, których widać między cywilami — rannych, pozbawionych broni, wykonujących czynności pomocnicze.

6 września Powiśle i część północnego Śródmieścia, aż po Nowy Świat (a konkretnie jego parzystą stronę) znajduje się w rękach niemieckich. Obronę musi wesprzeć wycofane ze Starego Miasta Zgrupowanie „Sosna”. Niebawem, 9 września, zostanie ciężko ranny i umrze dwa dni później jego dowódca, Gustaw Billewicz „Sosna”106, major artylerii. Zapasy żywności ocenia się na wystarczające do 7 września, amunicji przy średnim zużyciu na 1 dzień. 6 września artyleria niemiecka zapala szpital na Powiślu przy ulicy Pierackiego 3/5, w którym znajduje się około 200 rannych. Brak jest wody i innych środków gaśniczych. Kilkudziesięciu rannych na wyższych piętrach płonie żywcem. Trzeba siłą odpychać sanitariuszki, które chcą mimo wszystko biec na górne piętra ratować rannych. Ciężko ranni skaczą z okien na ulicę.

Bór nadaje 6 września 1944 meldunek do Londynu, w którym pisze m.in.:

„Sytuacja osiąga swój punkt kulminacyjny. Ludność cywilna przeżywa kryzys, który może mieć zasadniczy wpływ na oddziały walczące. Przyczyny kryzysu: coraz silniejsze i zupełnie bezkarne ostrzeliwanie i burzenie miasta, świadomość, że npl [nieprzyjaciel] dąży do zniszczenia całego obszaru na wzór Starówki, bezterminowe przedłużanie się walki, coraz mniejsze porcje głodowe dla pogorzelców i szybkie wyczerpywanie się żywności dla pozostałych, wielka śmiertelność wśród niemowląt, agitacja czynników wrogich, brak wody i elektryczności we wszystkich dzielnicach. [...] Amunicja jest na wyczerpaniu. [...] Czy oceniacie, że działania na Zachodzie mogą w najbliższych dniach przynieść zakończenie wojny? Na szybkie opanowanie Warszawy przez Sowiety nie liczymy”.

Nie wiadomo, co konkretnie znaczy „wielka śmiertelność wśród niemowląt”. To jedno z tych lakonicznych zdań, które nie dają się rozjaśnić. Są jak czarna dziura, wchłaniają każdą próbę rozumnego zmierzenia się z nimi. Nie wiadomo, co w ogóle wie Komenda Głowna AK, skoro wydaje się jej, że działania na Zachodzie — toczące się aktualnie we Francji — miałyby przynieść zakończenie całej wojny ciągu kilku dni.

Po południu „Bór” nadaje jeszcze jeden radiogram do Londynu. Po raz pierwszy pojawia się w nim słowo „kapitulacja” i podane są zastają trzy opcje — usunąć ludność cywilną i walczyć do ostatka [należy dorozumieć — bez kapitulacji], kapitulować całością sił, kapitulować dzielnicami.

„Ewentualności te podajemy wam zawczasu, byście mogli przygotować na to anglosaskich mężów stanu. Sądzimy bowiem, że stłumienie powstania w Warszawie ma nie tyle aspekty wojskowe, co polityczne. Wczesne zaś ich uświadomienie sobie przez was i sprzymierzeńców może być pomocne przy rozgrywkach politycznych”.

Nazajutrz Antoni Chruściel „Monter” wyda płomienną odezwę do żołnierzy, wzywając ich do dalszej wytężonej walki. Po latach jeden z żołnierzy Zgrupowania „Radosław”, z batalionu „Czata 49”, Mieczysław Kurzyna ps. „Miecz”107 opowie Władysławowi Bartoszewskiemu: