„kiedy zgrupowanie „Radosława” szło kolejno do Woli, poprzez ruiny getta, Stare Miasto, Śródmieście, Czerniaków, Mokotów i potem z powrotem do Śródmieścia, aż wreszcie po kapitulacji wychodziło przez Wolę, to zawsze najpierw spotykaliśmy dzielnicę słoneczną, roześmianą, niezniszczoną, kiedyśmy ją opuszczali, pozostawał za nami gruzy. Tak było również na Czerniakowie. [...] Teren do obrony barykady nie był wygodny, jedna strona odsłonięta na ostrzał, z drugiej strony bronił „Dom Włókna Polskiego”, ale miał duże okna i trzeba je było zabezpieczyć. I tam właśnie wyciągnęliśmy z piwnic wydawnictwa „Cuda Polski” i z nich układaliśmy w oknach barykady jak z worków z piaskiem. [...], uprzytomniło mi [to] specjalnie wyraźnie, że jest to bitwa jakoś ostatnia”.
Ale to się miało dopiero się zdarzyć.
W skromnej opinii narratora nie mamy do czynienia jedynie z przypadkiem
Świat trzeba sobie zadać, przeżyć. Jeżeli nie ma już tego świata, trzeba spróbować się do niego zbliżyć, na przykład przejść, poznać kraj poety, odnaleźć srebrną łyżkę z zastawy i ważyć ją w dłoni przez chwilę. Warto ufać rzeczom, przedmiotom, krajobrazom.
Atawistycznie wierzę przedmiotom, dotykowi, który potwierdza, że są naprawdę, a jeżeli nie ma przedmiotów, to szukam przedmiotów, które mówią o innych przedmiotach albo o ludziach. Na przykład książek. Sama czynność czytania jest równie ważna jak dotykalny kontakt z przedmiotem, jakim jest książka. Z tego pewnie rodzi się to złudne poczucie Obecności, któremu uległ dwuletni synek, widząc dwa razy Pana na schodach prowadzących na poddasze, Pana którego poza nim nie widział nikt inny. Tam jest masa książek i ja ich dotykam czytając, przerzucam nerwowo kartki, przekładam stosiki, czegoś szukam wieczorami, śledzę jak teksty nawzajem do siebie się odsyłają.
Czasami grzebię w sieci, ale sieć wskazuje znowu na książki, a książki na siebie nawzajem. Czasem uznaję, że jakąś książkę wypada kupić, trzeba mieć, dać jej miejsce u siebie.
Tak było i tym razem. Książka kosztowała kilka złotych, o ile się nie mylę była tak tania, że przesyłka kurierska byłaby droższa niż książka, dlatego wybrałem opcję listu poleconego. Poleciałem z awizem na pocztę i rozpakowałem zawartość, wyrzucając tekturki, resztki taśmy, kopertę z adresem zwrotnym do kosza zaraz pod pocztą. Usiadłem w samochodzie i otworzyłem książkę na pierwszej stronie. To był egzemplarz nie tylko z dedykacją, ale także z wklejonymi na II stronie okładki rodzinnymi zdjęciami.
Książkę o użyciu kanałów w Powstaniu Warszawskim dedykowała swojemu, jak można się domyślić z tonu — byłemu mężowi, Andrzejowi Wyczańskiemu — Pani Krystyna Wyczańska, ps. „Zofia”, 2 dni po swoich 77 urodzinach w roku 1999 (stąd łatwo było policzyć, że urodziła się w roku 1922, w Powstaniu miała lat 22). Wieczorem krok po kroku odcyfrowałem bez większego kłopotu resztę.
Krystyna Wyczańska była koleżanką Jana Bytnara „Rudego” z podziemnego harcerstwa, zaprzysiężoną do służby w Armii Krajowej w 1942 roku przez niejakiego Tadeusza Wardejna-Zagórskiego „Gozdawę”108 i przydzieloną jako łączniczka do Komendy Głównej AK. W 1943 roku wspierała pierwszą wyprawę Jana Nowaka-Jeziorańskiego z dokumentami Państwa Podziemnego do Sztokholmu. Zagrożona aresztowaniem ukrywa się, pracując dalej dla Biura Informacji Propagandy AK. W Powstaniu zgłosiła się 13 sierpnia ochotniczo do służby łącznikowej w kanałach, uczestniczyła między innymi w ewakuacji Komendy Głównej AK ze Starego Miasta do Śródmieścia 26 sierpnia. 27 sierpnia ruszyła kanałami z misją na Żoliborz, w trakcie której została ranna odłamkami granatu w nogi i resztę Powstania spędziła w szpitalu na Żoliborzu. Za służbę w kanałach odznaczona Krzyżem Walecznych.