Andrzej Wyczański służył w zgrupowaniu „Oaza” na Sadybie i Czerniakowie. Ranny tego samego dnia co Krystyna Wyczańska, wówczas jeszcze Sroczyńska, 27 sierpnia. Ktoś rzucił mu granat pod nogi, zaczepny, z blachy. Przeżył, chociaż jak wspominał — rany zaczęły się goić dopiero w grudniu. To było na rogu ulicy Czerniakowskiej i Podchorążych, w pobliżu którego to miejsca spędziłem kawał dzieciństwa — mieszkając na dzisiejszej ulicy Jurija Gagarina, róg Podchorążych. Przypadek. Po wojnie został profesorem, napisał jeden z tomów „Historii Powszechnej”, którą w komplecie, jako student pierwszego roku historii, kupiłem sobie w przewidywaniu, że ukończę kiedyś raz rozpoczęte studia, co nie okazało się takie proste. W zasadzie nie okazało się w ogóle, bo studiów nawet dobrze nie zacząłem, a już je przerwałem po pierwszym roku. Ale wydanie „Historii Powszechnej” zostało.

Książka „Kanały w Powstaniu Warszawskim” kosztowała kilka złotych, nie opłacało się zamawiać kuriera. Ale nie trzeba było drzeć koperty, być może byłoby od kogo dowiedzieć się czegoś więcej.

Historia książki i historia w książce przenikają się. Kiedy trzymam ją w ręku, wydaje mi się, że nawet czuję jakieś pulsowanie. I coraz trudniej uwierzyć mi w przypadki, i coraz bardziej wierzę synkowi, który widział Pana, jak idzie na górę, po schodach, na poddasze do Taty, mimo że nikt poza nim tego nie widział.


Zupełnie świeże cukierki

— A Ty ciągle o Powstaniu — zapytała żona przed snem, kiedy wtykała budowlane zatyczki do uszu, żeby później w nocy nie słyszeć mojego chrapania. Mruknąłem coś, tak zza granicy stanu między snem a jawą, ściskając w ręce opracowanie Tadeusza Grigo ps. „Kur”109 o walkach na Powiślu Czerniakowskim. Chciałem doczytać jeszcze u niego o pewnym epizodzie.

— Herbert z Franaszkiem odpoczywa? — dodała ni to pytając, ni potwierdzając spod przymkniętych powiek. Okno było uchylone, wchodził przez nie ten chłód, o którym myślę, że już się nie cofnie. To czuć w zapachu powietrza. Pewnie ten zapach podpowiada drobniejszym ptakom, że pora już ruszyć za cieplejszym powietrzem na południe. Zapaliłem czołówkę na głowie, którą doświetlam sobie co wieczór strony książek, bo lampka nocna od dawna nie daje rady. Uśmiechnęła się, układając na boku — A teraz wyglądasz jak górnik dołowy...

„No tak, tylko ja grzebię w papierach, nie w ziemi” — pomyślałem chyba, chociaż nie mam pewności, czy między jawą a snem nie mruknąłem tego w sposób mniej lub bardziej artykułowany. Byłem już w podróży. Nie miałem już też tej pewności, że grzebię tylko w papierach.

11 września 1944 roku, po fiasku rozmów kapitulacyjnych, opanowaniu przez Niemców północnego Powiśla i niepowodzeniu natarcia na Śródmieście, znowu bez większego przeciwdziałania ze strony jakichkolwiek wojsk powstańczych, znowu bez pauzy grupa bojowa Reinefartha uderza na Powiśle Czerniakowskie. Łatwo powiedzieć: bez przeciwdziałania. Powstanie bez amunicji, bez zaopatrzenia może się tylko bronić. Broń często nie jest przypisana do żołnierza, ale do pozycji. Kto pełni dyżur bojowy, ten jej używa, a schodząc z barykady — musi ją zdać. W tych warunkach stworzenie jakiekolwiek grupy manewrowej jest trudne, o ile w ogóle możliwe. Działania zaczepne na szerszą skalę kompletnie nierealne. Gdy od północy uderza Reinefarth — od południa tego dnia na Czerniaków uderzają siły podporządkowane grupie bojowej generała Rohra110.

Tymczasem od 5 września na Powiślu odpoczywało po ciężkich walkach i przeprawie kanałami ze Starego Miasta zdziesiątkowane zgrupowanie „Radosława” — Jana Mazurkiewicza. Z niedobitków batalionu „Parasol” tworzy się zbiorczą kompanię, podobnie jest z „Czatą 49”, nad którą dowództwo przejmuje kapitan „Motyl” — Zbigniew Ścibor-Rylski, batalion „Miotła” praktycznie od walk na cmentarzach wolskich istnieje w formie szczątkowej, jako pluton. Z batalionu „Zośka” jako zwarty oddział występuje tylko kompania „Rudy” pod dowództwem Andrzeja „Morro” Romockiego, zwanego przez swoich żołnierzy „Amorkiem”, bowiem często rozkazy, jeszcze w czasach przed Powstaniem, podpisywał „A. Morro”. W tym czasie nie żyje już jego ojciec, Paweł — kawaler orderu Virtuti Militari, żołnierz wojny 1920 roku, potrącony w 1940 roku przez samochód prowadzony przez Niemca. Nie żyje też młodszy brat Andrzeja, Janek „Bonawentura”111, który ginie 18 sierpnia w powstańczym szpitalu na Starówce przy ul. Miodowej 24, ani jego brat cioteczny, Stanisław Leopold ps. „Rafał”112, który ginie 25 sierpnia w walkach wokół placu Krasińskich na Starym Mieście.