W ciągu sześciu tygodni nieustannych walk kompania „Rudy” zrosła się z dowódcą. Ufają zarówno jemu, jak i jego — jak to się ładnie mówi — żołnierskiemu szczęściu. Przebicie się z całą kompanią, a w zasadzie przekradanie przez niemieckie linie ze Starówki do Śródmieścia, uchodzi za cud. Za to dla „Morro” zostaje złożony wniosek o odznaczenie drugim Krzyżem Walecznych, wcześniej został przyznany jeszcze Virtuti Militari. Dowodził kompanią m.in. przy zdobyciu dwóch czołgów typu „Pantera” i w ataku na Gęsiówkę. Mało kto już na Czerniakowie pamięta, że trafił do Szarych Szeregów spoza harcerstwa i po awansie na dowódcę kompanii „Rudy” wywołał swoim apodyktycznym postępowaniem konflikt personalny, który groził rozpadem oddziału. Próbował być służbistą i żołnierzem, a organizacja harcerska rządziła się nieco innymi prawami, inny panował w niej duch. Apogeum konfliktu nastąpiło w końcu czerwca, kiedy zabronił plutonom używać nazw „Felek”, „Alek”, „Rudy”, „Sad” stwierdzając, że jest to podczepianie się pod cudze sukcesy, a nikt z tych oddziałów nie dorasta postawą do imienników oddziałów. Wyraźnie nie rozumiał swoich ludzi, nie czuł ich, dlatego 22 lipca 1944 roku został zmuszony, ówczesnym harcerskim zwyczajem, do złożenia samokrytyki, a 24 lipca poprosił „Radosława” o urlop, którego ten mu udzielił w wymiarze jednego miesiąca. Tuż przed Powstaniem został odwołany z urlopu, zdążył ponownie objąć dowództwo. Na Czerniakowie dowodzi dalej mimo rany twarzy odniesionej w czasie walk na Starówce — kula weszła przez policzek i uszkodziła komorę nosa.
Od 11 września właśnie na resztkach zgrupowania „Radosław” opiera się północna część obrony Czerniakowa. 13 września Niemcom udaje się przerwać ostatecznie wąskie jak szyjka od butelki połączenie Czerniakowa ze Śródmieściem Południe. Przygotowany transport broni i amunicji ze Śródmieścia zostaje odwołany. Zgrupowania „Radosław” i „Kryska” zostają odcięte na dobre, ale do końca nie dają odepchnąć się od Wisły. Żołnierze wierzą, że tutaj właśnie, na Czerniakowie, zadecydują się losy Powstania. Tego dnia z okien gmachu PKO, który czasowo stał się twierdzą resztek „Parasola”, „Jasia” Janina Trojanowska-Zborowska113, od 17 sierpnia 1944 roku żona dowódcy „Parasola” — „Jeremiego”, relacjonuje mężowi walki samolotów sowieckich nad Pragą. Mówi z trudem, sepleni, została ciężko ranna odłamkiem w twarz 8 sierpnia 1944, ma uszkodzony policzek i zgruchotaną, zdeformowaną szczękę. „Jeremi” w tym czasie leży już na noszach po czwartej ranie, jaką odniósł w Powstaniu, tym razem w brzuch, kula przeszła w okolicach wątroby.
Wieczorem tego dnia Niemcy wysadzają po kolei Most Poniatowskiego, potem Średnicowy i na końcu most Kierbedzia. W nocy pojawiają się nad miastem archaiczne sowieckie dwupłatowce Po-2, zwane „kukuruźnikami” albo „terkotkami”. Są powolne, nie nadają się do lotów za dnia, latają skrycie, wyłącznie nocą. Mają znakomite własności lotne, piloci notorycznie wyłączają silniki w przelotach na niskiej wysokości nad liniami nieprzyjaciela, przez co samoloty stają się niemal bezgłośne. Zrzucają zaopatrzenie w workach, bez spadochronów — rusznice przeciwpancerne, granaty, pepesze, amunicję, suchary, konserwy. Zawartość rozsypuje się po gruzach, długie lufy rusznic gną się przy upadku, podobnie pepesze, ale część z tego jest zdatna do użytku. Trudno wybrzydzać na tę pomoc, bo przychodzi dokładnie w dniu, w którym zostaje zerwana łączność ze śródmieściem.
Przez cały 14 września trwają zaciekłe walki na całym Czerniakowie, ale z mniejszą intensywnością jeżeli chodzi o naloty. Zdarza się już, że niemieckie samoloty są przeganiane znad Warszawy przez sowieckie myśliwce („nasze jaki biją foki”). Powstańcy na różne sposoby próbują odzyskiwać broń zabitych Niemców. Nie jest jednak możliwe zbieranie jej za dnia, bowiem Powstańcy bronią się w budynkach, a teren należy do Niemców i ich broni ciężkiej. Wymyślają więc wszelkie rodzaju drągi, bosaki, wędziska, którymi próbują jak w maszynach gier losowych wyciągać zabitym żołnierzom broń z zesztywniałych pośmiertnie rąk. Popołudniu 14 września „Radosław” wzywa na naradę wszystkich dowódców zgrupowań. Rozdaje im cukierki jako wzmocnienie dla nich i dla ich podkomendnych. Nawiązana zostaje łączność radiowa z Armią Wojska Polskiego pod dowództwem Zygmunta Berlinga, która stoi po drugiej stronie Wisły, jak się wydaje jako forpoczta potęgi Armii Czerwonej. Tej nocy, względnie nad ranem, ma nastąpić desant na Czerniaków. Nikt po polskiej stronie nie wie, że żołnierzy Berlinga nikt realnie nie wesprze, że w tych dniach do rezerwy 1 Frontu Białoruskiego wycofana zostanie 2 Armia Pancerna Gwardii, że nikt nie traktuje poważnie próby pomocy Powstaniu. Nie wie być może tego nawet sam Berling i jego żołnierze.
„Radosław” daje kompanii „Rudy” jako swojej jedynej zwartej rezerwie (sześćdziesięciu wymęczonym, głodnym ludziom) zadanie wagi, jak się wydaje, kluczowej, strategicznej — mają odbić brzeg Wisły koło na wpół zatopionego statku „Bajka” w rejonie ulicy Solec i utrzymać do rana, do nadejścia desantu. Kiedy „Morro” przeprowadza odprawę oddziału, Jerzy Gawin ps. „Słoń”114 pyta, kto pójdzie z kompanią jako wsparcie. Odpowiedź pada, że kompania idzie do ataku sama, bez żadnego wsparcia.
Powstańcy zajmują nocnym atakiem z zaskoczenia niemieckie pozycje bez strat własnych, czujka z plutonu „Słonia” czatuje na wraku statku, reszta kompanii lokuje się wokół domu Wilanowska 1, róg ulicy Solec. Ten adres jeszcze powróci. Desant jednak nie następuje. Wreszcie o świcie, w porannej mgle, widać trzy łodzie poruszające się od strony Saskiej Kępy (dlaczego tyle zwlekali? ). Jednocześnie zrywa się silny ogień niemiecki i patrol „Słonia” cofa się do domu przy Wilanowskiej. Z samego domu od strony widocznej od strony rzeki, a niewidocznej od Niemców „Morro” każe wywiesić zszytą naprędce z byle czego biało-czerwoną flagę. Chodzi o to, że podobno berlingowcy z łodzi w równej mierze odstrzeliwali się Niemcom, co plutonowi „Słonia”.
Wszyscy żołnierze „Radosława” mają przecież jednakowe umundurowanie wyfasowane ze zdobytych na Stawkach niemieckich magazynów, świetnej jakości SS-mańskie „panterki”, hełmy i pokrowce na hełmy. Opasek na ramieniu można we mgle nie zobaczyć, na hełmach nikt ich nie nosi, żeby nie kusić snajperów. Berlingowcy lądują jednak na brzegu i nadal strzelają we wszystkich kierunkach, najwyraźniej nie mogąc się zorientować kto swój, kto wróg. „Morro” wpada na ryzykowny pomysł, każe zszyć sobie naprędce mniejszą flagę i wybiega z domu w kierunku brzegu Wisły, znika w krzakach i za wałem. Długo nie wraca. Po dłuższej chwili zostaje wysłana sanitariuszka, wraca z postrzelanym ubraniem, cała we krwi.
— Postrzał w serce, cały mundur we krwi — mówi i wiadomo, że tym razem tak zwane żołnierskie szczęście opuściło Andrzeja „Morro” Romockiego, zwanego „Amorkiem”, a Pani Jadwiga Romocka po stracie męża i młodszego syna, straciła też i jego.
Nie wiedział, ginąc, że te trzy łodzie to jedyny desant tego dnia, jaki wyląduje na Czerniakowie. A ściślej jedna łódź z siedmioma żołnierzami, bo pozostałe dwie zatoną na rzece, zanim osiągną brzeg. O śmierci „Morro” pisze się różnie do dzisiaj. Wiele relacji wskazuje, że „Morro” dostał przypadkowy postrzał od swoich, od Polaków, którzy go nie rozpoznali — nosił wprawdzie polski, przedwojenny hełm ojca wz. 31, który został w jego rękach po kampanii wrześniowej, ale nałożony miał na niego pokrowiec z typowym niemieckim kamuflażem. Z drugiej strony — typ postrzału, prosto w serce, wskazuje raczej na doświadczonego, dobrze wyszkolonego do zabijania snajpera, czyli raczej na któregoś z niemieckich żołnierzy.