Pewnym symbolem, gorzkim znakiem jest to, że 19 sierpnia, kiedy alianci są jeszcze daleko od Paryża, wybucha w nim powstanie. Jest ono gorzej przygotowane od polskiego, nie ma jednolitego dowodzenia. Alianci planują w tym czasie wyzwolenie Paryża na jesień. 21 sierpnia dowodzący francuską 2 dywizją pancerną gen. Leclerc119 w akcie niesubordynacji wysyła swoje czołówki rozpoznawcze w stronę Paryża, gen. Eisenhower120 potępia te działania, ale gen. Charles de Gaulle121 oświadcza, że jeżeli alianci nie zaaprobują rozkazu ataku na Paryż dla 2 francuskiej Dywizji Pancernej, to on sam wyda taki rozkaz. 22 sierpnia Eisenhower akceptuje niesubordynację Francuzów, zmienia swoje plany strategiczne i 24 sierpnia 2 Dywizja Pancerna Leclerca wkracza do Paryża.
Nadchodzi wrzesień.
Między 17 a 23 września Samodzielna Polska Brygada Spadochronowa zostaje zrzucona częściami w rejonie Arnhem w ramach operacji „Market Garden”, której plan Sosabowski krytykował jako niewykonalny. 9 września zażądał od gen. Uruqharta122, dowódcy 1 Dywizji Powietrznodesantowej brytyjskiej, której był operacyjnie podporządkowany — rozkazu na piśmie precyzującego zadania brygady. Nie dlatego, żeby odmówić jego wykonania, jak sam wspomina, ale dlatego, by w razie gdyby nie było mu dane wrócić — jego przełożeni i rodacy dowiedzieli się, dlaczego i w jakich warunkach przyszło mu oddać życie. Po jego rozmowie z gen. Browningiem, dowódcą 1 Armii Powietrznodesantowej, plan zostaje nieznacznie zmieniony, ale sama operacja nie zostaje odwołana. I jest nazwana po fakcie „Ostatnią klęską aliantów”, operacją wymierzoną „o jeden most za daleko”.
Polacy, gdziekolwiek się znajdujecie...
14 sierpnia 1944 roku ORP „Piorun”123 u zachodnich wybrzeży Francji topi niemiecki zaopatrzeniowiec „Sauerland”. Ten sam „Piorun” wsławił się trzy lata wcześniej udziałem w pościgu za niemieckim pancernikiem „Bismarck”124. „O Boże, jaka szafa” miał powiedzieć oficer artylerii, kiedy w końcu dogonili niemiecki pancernik i mieli przed sobą godzinny samotny bój, zanim nadciągnie reszta sił aliantów. „Trzy salwy na cześć Polski!” miał zakomenderować dowódca, komandor Pławski125. W nocy z 18 na 19 września 1944 roku ORP „Garland”126, tropi i topi wraz z innymi jednostkami aliantów na Morzu Egejskim niemiecki U-407. Ten sam „Garland” dwa lata wcześniej w obronie konwoju PQ-16 z Islandii do Murmańska traci w niemieckich nalotach 68 zabitych i rannych ludzi z przewidzianej etatem 145 osobowej załogi. Miał wtedy ponad 500 przestrzelin i dziur po odłamkach w kadłubie i nadbudówkach, do obsługi dział i działek p-lot trzeba było wysłać kucharzy, mechaników, wszystkich którzy trzymają się na nogach. Brytyjczycy z towarzyszącego konwojowi trawlera gratulują polskiemu dowódcy „Bloody good show” w obronie konwoju. Jeden z rannych, starszy marynarz Bomba, pisze własną krwią na ścianie mesy zamienionej na szpital „Polsko, jak słodko dla Ciebie umierać”. Przeżyje.
Polacy, gdziekolwiek się znajdujecie...
15 września 1944 roku patrol berlingowców, w czasie lądowania którego ginie Andrzej „Morro” Romocki, zostaje odesłany na prawy brzeg Wisły wraz z majorem Witoldem Sztompke ps. „Kmita”127 ze zgrupowania „Radosława” w celu uzgodnienia szczegółów właściwego desantu, który ma nastąpić bez zbędnej zwłoki tej nocy. W nocy z 15 na 16 września „Radosław” przesyła meldunek do Śródmieścia przez łączniczkę, która podejmuje się drogi przez kanały. Z jego formy można wnioskować, że nerwowo „Radosław” jest na skraju załamania. Pisze między innymi:
„oddziały czerniakowskie w 75% prysnęły jak bańka mydlana — banda nie wojsko. U mnie wybici prawie wszyscy oficerowie — straty za ostatnie trzy dni wynoszą około 100 zabitych i 300 rannych. [...] Wszyscy wielcy pomocnicy od tzw. produkcji pouciekali, ludność wywiesza białe flagi. [...] Prawdopodobnie zdecyduję się o godz. 2 opuścić Okrąg 2, gdzie jest moje m. p. i wyjdę ruinami między Wilanowską a Zagórną i w dziurach będę czekał zmiłowania Bożego lub kolejnego wybijania przez czołgi resztek ludzi. Zostać tutaj nie mogę, gdyż jest to ostatni szpital i [fragment nieczytelny] ludności cywilnej, która już histeryzuje, więc musiałbym do niej strzelać”.
Mało wojskowy język i rodzaj lamentacji pojawia się też w dalszej części tego dokumentu. Historyk działań na Powiślu Czerniakowskim, Tadeusz Grigo ps. „Kur”, sam żołnierz zgrupowania „Kryski”, dyskretnie, w przypisie swojego opracowania, podejmuje polemikę z meldunkiem „Radosława” — wskazując, że silnie związany ze swoimi ludźmi niezbyt się interesował zgrupowaniem „Kryski”, które ponosiło w równym stopniu ciężar walk. Straty w korpusie oficerskim „Kryski” były podobne jak w zgrupowaniu „Radosław” — z tym, że od 11 do 16 września trzech kolejnych dowódców zgrupowania zostało ciężko rannych, a kolejnych trzech w ciągu następnych 3 dni zginie, walcząc ze swoimi ludźmi na pierwszej linii. Później i tak system dowodzenia się rozpadnie, a dowodzić żołnierzami w zasięgu wzroku i słuchu będzie ten, kto akurat będzie najwyższy stopniem i będzie umiał swoją charyzmą opanować panikę, strach i ogólne załamanie. Według Tadeusza Grigo dezercja w południowym zgrupowaniu broniącym Czerniakowa objęła — jak skrupulatnie wyliczył kronikarz „Kryski” — 2% ogólnego stanu. Czyli ani więcej, ani mniej, niż to zdarzało się we wszystkich zgrupowaniach.
Z drugiej strony barykady — dzięki wysadzeniu mostów i wycofaniu większości wojsk z prawego brzegu Wisły von dem Bach nie tylko odzyskał jednostki szturmowe saperskie szkolone do walk w mieście, ale czasowo zyskał też dla swojego korpusu wydzielone oddziały dywizji pancernych — 25 i 19. Do tej pory miał do dyspozycji mieszaninę jednostek policyjnych, Luftwaffe, legionów wschodnich, kompanii karnych czy uformowaną z przestępców Brygadę Dirlewangera. Zbliżał się szturm dywizji pancernych.