Tego dnia przy wyprowadzaniu cywilów i jeńców z magazynów Społem na Czerniakowie wyprowadzono łączniczkę Marię Cetys, ps. „Szympans”146, ciężko ranną 10 września, w wyniku czego amputowano jej rękę. Była ubrana jak inni cywile.

Bist du Banditin? — zapytał jakiś Niemiec.

— Jestem żołnierzem Armii Krajowej — odpowiedziała dumnie i została natychmiast zastrzelona.

Ta wymiana dwóch zdań jako motto trafi na przedtytułową stronę pierwszego wydania książki Adama Borkiewicza Powstanie warszawskie. Zarys działań natury wojskowej — pierwszego tego typu opracowania, jeszcze w wielu miejscach niedokładnego, nieprecyzyjnego, ale pod wieloma względami — pionierskiego. „A mogła przecież zaprzeczyć i prawdopodobnie ocaliłaby życie” — napisze Tadeusz Grigo.

Chorąży Kunysz mógł się poddać i zdać na łaskę wroga, Maria Cetys mogła nic nie mówić, „Morro” mógł nie biec nad rzekę, kolejni, ginący dowódcy „Kryski” (przypomnijmy: trzech rannych, trzech zabitych w ciągu tygodnia) — mogli nie dawać głosu. A jednak — jakby napisał Żeromski, jak powtórzył za nim Wańkowicz w Monte Cassino — postępowali inaczej, „bo taki nasz obyczaj”.

Wydaje się, że stężenie odwagi przekraczało w tych dniach wszelkie normy. Było poza zasięgiem wyobraźni.

Tymczasem nazajutrz 21 września 1944 roku w meldunku dowódcy Okręgu-AK „Montera” można przeczytać zdanie:

„Naszych zwrotów zaczepnych npl [nieprzyjaciel] nie wytrzymuje. Toteż jest to nasza najwłaściwsza forma walki”.

Nie wiadomo jakim cudem — skoro tak uważa dowódca Okręgu AK — nie udało się żadne zaczepne działanie na większą skalę? Dlaczego skończyły się masakrą zwroty zaczepne na Stawki 11 sierpnia, na Dworzec Gdański 20 i 21 sierpnia, próba przebicia korytarza ze Starego Miasta do Śródmieścia? Nie wiadomo, co w ogóle ma na myśli dowódca okręgu, niemający od wielu dni łączności z Czerniakowem, niewidzący wiele poza linią barykady w Śródmieściu, który nigdy nie zszedł do kanału, nie zwizytował pozostałych dzielnic. A przede wszystkim — dlaczego w decydującym momencie Powstania, kiedy żołnierze „Kryski”, „Radosława” i Armii Wojska Polskiego krwawili się na przyczółkach — nie przyszedł wielki zwrot zaczepny pod wodzą „Montera” ze Śródmieścia?