Każda minuta chce być ostatnią
Wracaliśmy z Elbląga w deszczu, który zaczął się około godziny szóstej i nie odpuścił nam już do końca, temperatura spadła, wkradło się zmęczenie, każda minuta chciała być ostatnią. W tle majaczyła rozmowa z Marcinem, urywkowa, że nie wziął tych książek dla mnie, ale że dojdą, na pewno. Czekam, chociaż wiem, że całość i tak się wymknie. Jedna historia zasłoni drugą i pozostanie nieznośne poczucie, że się nie daje rady — nie tylko, że nie umie opisać, napisać, ale że się nie widzi tyle, ile powinno się widzieć. A jednak — kiedy wyprzedzasz w taką pogodę ciężarówkę, jest ten moment, kiedy nic nie widzisz, jedziesz na wyczucie. Wyprzedzasz je jedna po drugiej — a inaczej się nie da, i co chwila nic nie widzisz, ale jednak na wyczucie ufasz, że tam gdzieś jest droga i udaje się jakoś, skokami do przodu.
21 września pod wieczór w ręku Powstańców na Czerniakowie pozostaje w zasadzie 250 metrów wybrzeża Wisły z uszkodzonym, osiadłym na dnie statkiem spacerowym „Bajka”147 i pozycje zogniskowane wokół dwóch domów — ul. Wilanowska 1 oraz Solec 53. Walka toczy się teraz o to, żeby albo ewakuować się na drugi brzeg Wisły, albo zginąć z bronią w ręku. W obu budynkach i na okalającym je terenie o powierzchni około trzech tysięcy metrów kwadratowych broni się jeszcze około kilkuset żołnierzy z armii Berlinga i powstańców, w piwnicach stoi ostatnia, pozbawiona baterii radiostacja 9 Pułku piechoty i leżą ranni. Tego dnia Niemcy zajmują budynek Wilanowska 5 i mordują 122 jeńców, przy czym części z nich nie rozstrzeliwują, ale wieszają.
W nocy z 21 na 22 września na wiślańskim brzegu ląduje kilka łodzi z prawej strony Wisły. Na wąskim skrawku nikt w zasadzie nie panuje już nad ewakuacją. Trwa walka o miejsce w łodziach, kto silniejszy, kto bardziej sprytny. Ranni czołgają się w stronę wody, żeby nie dostać się w ręce Niemców. Niektórzy próbują przepłynąć rzekę wpław. Większość tonie. Do prawego brzegu udaje się dopłynąć wpław w zimnej wodzie kilkunastu osobom. Z kolei pontony są uszkadzane zarówno w drodze na lewy brzeg, jak i w drodze z powrotem; bywa, że na 10 łodzi w jednym rzucie tonie 9. Z lewej strony cały czas najlepszy punkt ostrzału mają karabiny maszynowe na wieżyczkach wiaduktu mostu Poniatowskiego. Nikt ich nie ucisza. Nie wiadomo dlaczego, przecież to relatywnie łatwy cel dla armaty strzelającej na wprost. Ci, którzy przeżyli, porównują te sceny z piekłem ostatnich godzin Starówki. W niektórych relacjach pojawia się zdanie, że Czerniaków był jeszcze gorszym piekłem. Na wszystko nakłada się zmęczenie, głód i pragnienie. Udaje się przerzucić pontonami tej nocy na praski brzeg 94 osoby, w tym podobno 15 kobiet z dziećmi.
W domu przy Wilanowskiej 1 tej strasznej nocy udało się przy pomocy baterii wyjętych z latarek uruchomić ostatnią radiostację i nawiązać łączność z wojskami polskimi na Pradze. Ewakuacja ma się zacząć o ósmej rano. Jednak łodzie nie pojawiają się, natomiast o ósmej rano Niemcy przysyłają parlamentariusza. Dowodzący obroną Ryszard Białous ps. „Jerzy” zgadza się na godzinny rozejm i pozwala wyjść cywilom i rannym, jeżeli są gotowi podjąć to ryzyko. Wtedy, udając cywilów, wychodzi z piwnic „Jasia” Janina Zborowska z ludźmi, którzy pomagają jej nieść ciężko rannego męża, Jerzego Zborowskiego „Jeremiego”, dowódcę „Parasola”. Sama jest osłabiona, ranna w twarz, ma zgruchotane kości szczęki, mówi z trudem. Obok na noszach niesiony jest ranny w kręgosłup Wacław Dunin-Karwicki ps. „Luty”148 a obok niego idzie żona Halina z d. Strachalska Dunin-Karwicka ps. „Lutowa”149. „Luty” umrze z ran dopiero w listopadzie 1944 roku, „Lutowa” przeżyje wojnę. „Jeremiego” i „Jasię” Niemcy wywiozą do siedziby gestapo w Al. Szucha i tam będą widziani po raz ostatni żywi. Miejsce śmierci i pochówku — do dzisiaj nieznane. Rozejm przerywa próba podpalenia garaży łączących Wilanowską 1 z Solcem 53. Na tę próbę Powstańcy odpowiadają ogniem.
Równocześnie zza Wisły przychodzi informacja, po raz kolejny nie wiadomo skąd wzięta, o przysłaniu 100 łodzi i pontonów, ale godzina ewakuacji zostaje przesunięta z przedpołudnia na wieczór. Czołgi strzelają do dwóch budynków z bliskiego dystansu, tynk sypie się do jedzenia, które sanitariuszki gotują rannym w piwnicach. Pod wieczór Powstańcy ciągle trwają. O zmierzchu na statek „Bajka” zostaje wysłany patrol pod dowództwem Jerzego Gawina ps. „Słoń”, który czeka z latarką na obiecaną ewakuację. Ewakuacja zostaje przesunięta na 21:00. Wreszcie przypływa kilka łodzi. Powtarzają się makabryczne sceny z poprzedniej nocy. Nikt nie jest w stanie zapanować nad ludźmi, nikt nie pomaga ciężej rannym. Ci giną na brzegu albo w rzece, próbując wydostać się z piekła na własną rękę albo po prostu skończyć męczarnie. O 2:30 w nocy z 22 na 23 września do dowódcy resztek żołnierzy „Parasola” Ryszarda Białousa i szefa sztabu 9 pułku piechoty dochodzi wiadomość ze sztabu AWP, że zamiast 100 łodzi tej nocy, przez kilka kolejnych nocy ma być przysyłanych po 15 łodzi, a ewakuacja ma być rozłożona na etapy. To chyba już czysty bluff. 22 września 1944 roku Konstanty Rokossowski wydaje przecież wszystkim jednostkom 1 Frontu Białoruskiego rozkaz o przejściu do obrony, o czym nikt na Czerniakowie oczywiście nie wie. Straty w parku saperskim 1 Armii Wojska Polskiego wynoszą, przypomnę, 179%. Każdy postrzelany ponton jest łatany i wysyłany ponownie na rzekę minimum dwa razy. Niektóre toną i te zalicza się do strat bezpowrotnych.
„Jerzy” podejmuje decyzję, by na czele niewielkiej już grupy, którą jest w stanie zgromadzić wokół siebie, przebijać się do Śródmieścia z bronią w ręku, razem z nim postanawia iść grupa kilkudziesięciu berlingowców z majorem Łatyszonkiem, szefem sztabu 9 Pułku piechoty. Natarcie ma prowadzić Jerzy Gawin „Słoń” ze swoim plutonem. A w zasadzie z tym, co z niego pozostało. Jednak ta próba przebicia się utknie już na ulicy Solec w bezładnej strzelaninie, jaka wynika przypadkowo ze starcia z niemiecką czujką w jednym z rowów łącznikowych. Łączność poszczególnych grup rozsypuje się, rwie się koordynacja. Część zawróci w stronę Wilanowskiej, część ruszy na brzeg rzeki próbować przepłynąć ją wpław albo posiłkując się czymkolwiek, co może udawać tratwę, pływak. Berlingowcy widząc, że Niemcy jednak nie rozstrzeliwują umundurowanych żołnierzy, będą skłonni się poddać, jak zrobi grupa około dwudziestu żołnierzy z majorem Łatyszonkiem. Garstce ludzi pod dowództwem „Jerzego” — łącznie pięciu osobom — uda się przebić do Śródmieścia w rajdzie, który ma porównanie w swoim dramatyzmie tylko z historią przebicia kompanii „Rudy”. Reszta dostanie się do niewoli lub zaginie, tak jak Jerzy Gawin ps. „Słoń” z resztkami swoich ludzi. Szli w awangardzie i nikt ich nigdy więcej nie widział. Miejsce pochówku nieznane.
Około szóstej rano Niemcy wchodzą na teren Wilanowskiej 1. Powstańcy nie mają już amunicji, większość nie ma też cywilnych ubrań, aby się w nie przebrać. Próbuje tego podporucznik Stanisław Jordan Warzycki ps. „Szumski”150, jednak w czasie rewizji w jego kieszeni Niemcy znajdują zdjęcie z powstania i zabijają go na miejscu. Kapelana zgrupowania „Kryska”, ks. Józefa Stanka ps. „Rudy”151, Niemcy wieszają na ścianie budynku na stule (inne relacje mówią o szaliku). Tego dnia ostatni raz jest widziana żona „Czarnego Jasia” — Irena Wuttke z d. Kowalska. Nie jest znane miejsce kaźni i pochówku.
Meldunek niemiecki o zajęciu ostatnich budynków na Czerniakowie mówi:
„W kotle na płd. od Nowego Mostu po zaciętej walce został złamany ostatni opór nieprzyjaciela, kocioł oczyszczony, łącznie z zamknięciem luki nad brzegiem Wisły. Nieprzyjaciel poniósł ciężkie straty. Wzięto do niewoli: 82 polskich legionistów, 57 bandytów, 30 uzbrojonych kobiet. Zdobyto: 3 działa ppanc. kal. 4, 5, 2 ckm, 1 nkm, 12 rkm, 15 pm, 1 rusznica ppanc., 16 automatycznych kb, 37 kb, 3 lekkie granatniki, 2 plecakowe radiostacje oraz dalszych 6 plecakowych radiostacji i wielką liczbę mpi i karabinów niezdatnych do użytku”.