Szczątkowa ewakuacja rannych i rozbitków będzie trwała jeszcze kilka nocy. W nocy z 23 na 24 września ewakuowanych zostanie około 50 osób. 26 września do „Bajki” przybije patrol berlingowców z rozkazem przywiezienia żywego lub martwego na drugi brzeg majora Łatyszonka, znajdą tylko kilkudziesięciu kontuzjowanych i rannych ludzi na statku. Kolejne dwie lub trzy noce pojedyncze łodzie będą wywozić rannych ze statku. Inni, lżej ranni, będą próbowali przedostać się po resztkach Mostu Poniatowskiego na Pragę. Ostatni ludzie z „Bajki” zostaną wzięci do niewoli w dniu kapitulacji Powstania.
Przed budynkiem Wilanowska 1 Niemcy gromadzą trupy rannych, pomordowanych, tych którzy zginęli w walce. Jest ich ponad 400.
Straty Armii Wojska Polskiego w akcji na przyczółkach warszawskich — tym czerniakowskim, tym koło Mostu Poniatowskiego i tym koło Żoliborza — wyniosły nie mniej niż 3764 zabitych, rannych, jeńców i zaginionych. 2 Korpus Polski w Bitwie Pod Monte Cassino stracił 4099 żołnierzy zabitych, rannych i zaginionych.
W Śródmieściu w tym czasie ludzie zjadają z głodu psy i koty. „Monter” jeszcze tydzień później będzie twierdzić, że duch wojska jest świetny i żołnierz chce się bić.
Powstaniec z kotkiem
Dzisiaj zginie w zbombardowanej kamienicy przy ulicy Marszałkowskiej 129 powstaniec znany ze zdjęcia z kotkiem na ręku, Eugeniusz Lokajski ps. „Brok”152, mistrz Polski w rzucie oszczepem, olimpijczyk z Berlina, jeden z kilku dokumentalistów Powstania, dzięki którym wiadomo, jak wyglądało. Wpadł do kamienicy po filmy, klisze. Zrobił już 1000 zdjęć i ciągle było za mało. Już z tej kamienicy nie wyjdzie.
Jest ze mną od lat na tym zdjęciu, przenoszony z miejsca na miejsce, ze ściany na ścianę. Przez jakiś czas nawet nie wiedziałem, że ten młody uśmiechający się chłopak w polskim hełmie wz. 31 to on, autor książki, która podobnie jak zdjęcie w ramce — z półki na półkę wędruje ze mną przez sporą część życia. Są ludzie, którzy mają na ścianie reprodukcję damy z łasiczką, ja miałem od lat Powstańca z kotkiem. Domy, kwatery, miejsca wygnania się zmieniały, życie toczyło się ze zwrotnicy na zwrotnicę, a on ciągle ze mną był. „Nieubłaganie patrzy w oczy”, jakby napisał Poeta. On i jego mały kotek, na oko dwumiesięczny. Ikona młodości, czułości, kruchości i odwagi przeciwstawionej nagiej przemocy. Odwagi, czyli tego, co każe przekraczać swój strach i iść gdzieś tam, gdzie można doznać krzywdy. W imię czegoś, co jest ważne.
Pamiętam wakacje z ojcem w Lubniewicach, nad jeziorem. Mogłem mieć osiem, może dziewięć lat, chyba nie więcej. Mieszkaliśmy w pałacu, w okolicy za bardzo nie było co robić, trwały paździerzowe lata osiemdziesiąte, więc wypożyczaliśmy rower wodny na metalowych pływakach o urodzie przedwojennego hydroplanu albo kajaki ze sklejki i pływaliśmy po okolicy. Pewnego razu w jakimś zakątku jeziora między wielkimi liśćmi lilii trafiliśmy na rodzinę łabędzi. Młode były szare, brzydkie i niezdarne. Łabędź-ojciec, kiedy nas zauważył, natychmiast zajął pozycję między młodymi i samicą a kajakiem, zasłaniając sobą rodzinę.
— Patrz jaki odważny — powiedział ojciec — nie obchodzi go to, że jest dziesięć razy mniejszy od naszego kajaka, będzie walczył.