I rzeczywiście, samiec nastawił bojowo pióra, żeby się wydać większym i z syczeniem, powoli ruszył w naszą stronę wachlując skrzydłami. To on był panem sytuacji przez tych kilka sekund. Byłem lżejszy, dlatego siedziałem z przodu kajaka. Widziałem jak wielki ptak zbliża się i zaniemówiłem, trochę ze strachu, a trochę z podziwu. Ptak niespiesznie podpłynął do kajaka, jakby dawał nam czas na przemyślenie nierozsądnej decyzji. I nagle z syczeniem rzucił się naprzód. Próbował złapać dziobem, ukąsić burtę, machnął skrzydłem, uderzając z głuchym dudnieniem o górną część kadłuba. Wyglądało to dosyć groźnie. Bałem się, że może nas wywrócić albo ukąsić mnie w rękę. Dorośli mówili, że łabędź potrafi uderzeniem skrzydła złamać kość piszczelową człowieka.
— Wycofamy się — szepnął ojciec i zaczął wiosłować wstecz — nie będziemy go niepokoić, prawdziwą odwagę trzeba uszanować.
Kiedy myślę słowo „odwaga”, przychodzi mi zawsze wspomnienie łabędzia, który bez paniki, dając swojej gromadce zbitej w kącie zatoki czas na ucieczkę, idzie z dumnie wypiętą, białą piersią na spotkanie z kajakiem. I to on przez chwilę rządzi, narzuca swój styl temu spotkaniu. Nieujarzmiony strachem. Kruchy i przez tę jedną chwilę olśniewająco piękny. Jak powstaniec z kotkiem na ręku.
Kiedy zostaje tylko chorał
Dzisiaj rano szron na szybie. Zimno. Dzień pięćdziesiąty siódmy. Rośnie poczucie pustki. „Nie ma i nie ma”, jakby powiedział synek. W Śródmieściu panuje głód, od trzech tygodni nie ma prądu, nie ma też wody, więc niegaszone domy płoną, póki się nie wypalą. Oprócz śmierci z głodu wśród dzieci pojawiają się pierwsze przypadki śmierci głodowej wśród dorosłych. Komenda Główna AK i Delegat Rządu na Kraj domaga się zrzutów, tym razem nie amunicji i broni, ale żywności i odzieży dla cywilów. Wszyscy oczekują, że lada moment zza Wisły ruszy ponowne uderzenie Sowietów. Dowództwo 9 Armii niemieckiej także czeka w każdej chwili na wznowienie ataku. Jeżeli nie w rejonie Warszawy, po zdławieniu oporu na Czerniakowie, to spodziewane jest uderzenie z Pułtuska, Warki. Duży niepokój budzi zgrupowanie partyzanckie w Kampinosie, szacowane przesadnie przez Niemców na 10–15 tysięcy ludzi. Z tym większą gorączkowością chce się zdławić ostatecznie polski opór. Straty są wysokie, ale chwila spokoju na całym froncie od Sandomierza po Narew każe z tym większą intensywnością wykorzystać to, co chwilowo jest w ręku.
W Warszawie Niemcy wreszcie mają do dyspozycji większą ilość czołgów. Pomiędzy pierwszymi dniami sierpnia, kiedy czołgi pojawiały się w związku z próbą przebicia linii komunikacyjnych z Pragą, przez większość czasu na stałe w akcji był tylko 302 batalion czołgów radiowych, z którego pochodził zdobyty przez żołnierzy z batalionu „Gustaw” Borgward IV, okrzyknięty na wiele lat „czołgiem-pułapką”. W batalionie obok czołgów saperskich, nieuzbrojonych w nic poza wielką miną na przedniej płycie pancerza, było kilkadziesiąt dział szturmowych i to głównie z nimi walczyli Powstańcy od połowy sierpnia do połowy września. W trzeciej dekadzie września udaje się skompletować zgrupowanie uderzeniowe z elementów dywizji „Hermann Goering”, 19 i 25 Dywizji Pancernej. Razem około 130 czołgów różnych typów i dział pancernych, nie licząc dział szturmowych „Brumbar”153 oraz eksperymentalnych Sturm-Tiger154 — osadzonych na podwoziach czołgu „Tiger” wielkokalibrowych moździerzy rakietowych 380mm strzelających pociskami o wadze 1000 kilogramów. Od pierwszych dni sierpnia do 22 września używano także moździerza samobieżnego typu „Karl” o nazwie własnej „Ziu”, który strzelał pociskami kalibru 600mm i wadze 2170 kilogramów, albo kalibru 540mm o wadze 1250 kilogramów. Moździerz miał bardzo mały zasięg — przy strzale ciężkim pociskiem jedynie 2800 metrów. Jedno najbardziej znanych zdjęć z Powstania pokazuje trafiony pociskiem z „Ziu” budynek „Prudentialu”155 w dniu 28 sierpnia i mało kto wie, że to zdjęcie jest świadectwem sabotażu. Na zdjęciu widać, że pocisk eksplodował bez zwłoki, przy pierwszym zetknięciu z ostrzeliwanym obiektem. Prawidłowo powinien wbić się w strukturę budynku i eksplodować w piwnicy. Kiedy tak się działo — każdy budynek składał się jak domek z kart. A „Prudential” przetrwał.
Kiedy dogorywał Czerniaków, wokół Mokotowa słychać było ożywiony ruch kolumn zmotoryzowanych, chrzęst gąsienic. Podobnie wokół Żoliborza. Wojsko czuje, że coś się kroi większego. Mimo niepowodzeń Godziny „W”, która spowodowała wielkie straty, szczególnie w pułku AK „Baszta”, mimo wyjścia części oddziałów powstańczych do Lasów Kabackich i Chojnowskich w ciągu sierpnia Mokotów rozrastał się terytorialnie i kiedy ginęła Starówka — był największym obszarowo zwartym obszarem kontrolowanym przez Powstańców. Przymiotnik „zwartym” nie jest ścisły, bo akurat nie było tutaj zwartej miejskiej zabudowy. Od początku września etapami trwało ograniczanie Mokotowa, a nadmierne rozciągnięcie sił opartych głównie o Pułk AK „Baszta” powodowało, że Powstańcy mogli te niemieckie działania podejmowane na razie na niewielką skalę opóźniać, ale nie byli w stanie się im przeciwstawić. 2 września padła Sadyba, później utracono Sielce i 15 września Dolny Mokotów. 20 września na Mokotów z piekła Czerniakowa przybywają żołnierze z resztek zgrupowania „Radosław”. Nie budzą sympatii mieszkańców ani żołnierzy Mokotowa. Są wstrząśnięci moralnie, zrezygnowani, gdyby nie wiedza o tym, co przeszli od 1 sierpnia, ktoś mógłby małodusznie powiedzieć, że sieją defetyzm. Tak też się o nich mówi w tych dniach na Mokotowie — ale zdaje się, że „Parasolarze” po prostu wiedzą lepiej niż stosunkowo nieźle odżywiony Mokotów, co będzie dalej.
Począwszy od 24 września cała siła niemieckiej artylerii, lotnictwa, które znowu mogło bezkarnie działać nad Warszawą, oraz broni pancernej skierowała się na Mokotów. Straty po obu stronach idą w setki zabitych i rannych. Niemcy zajmują Królikarnię (24 września), punkty oporu „Alkazar” i „Westerplatte” (25 września). Ześrodkowania artylerii i nawały ogniowe rujnują całą dzielnicę. W kompanii B-3 batalionu „Bałtyk” pułku „Baszta” walczy wówczas Jerzy Ficowski ps. „Wrak”156. Jak sam powie w wywiadach, jakich udzielił w 1992 i 1994 roku — bez wielkiego przekonania (cyt. za artykułem Jerzego Kandziory):