„Do swego uczestnictwa i tamtych wydarzeń mam stosunek ambiwalentny. Wiedziałem, że uczestniczę w tragedii, na moich oczach ginęło miasto i ludzie. Nie było we mnie entuzjazmu, tylko poczucie obowiązku. Zdawałem sobie przecież sprawę, jak trudne będzie zwycięstwo, orientowałem się w sytuacji politycznej, obawiałem się, że kiedy wkroczy Armia Czerwona, będziemy ścigani jako wrogowie i przestępcy. Skończyło się wszystko większymi ofiarami, niż wtedy przypuszczałem”.
(1992)
„Dawni towarzysze broni z powstania powiedzieli, że z okazji pięćdziesięciolecia każdy z nas może awansować. Ale ja przywiązałem się do strzelca «Wraka», którym wtedy byłem, i nie chcę mu gwiazdek przypinać”.
(1994)
25 września von dem Bach wysyła po raz pierwszy parlamentariuszy do dowódcy zgrupowania mokotowskiego, nazywanego od 21 września 10 dywizją piechoty AK — płk. Józefa Rokickiego „Karola”. Zapisuje w swoim dzienniku (za A. K. Kunertem): „Jeśli wszystko się uda, to znowu uratowałem życie tysiącom kobiet i dzieci. Teraz wiem, dlaczego Pan Bóg mnie dotąd zachował. W tych straszliwych czasach krwi i łez mam zachować humanitaryzm. Móc robić tyle dobrego napawa mnie głębokim szczęściem”.
Głęboka wiara von dem Bacha nie spotyka się z żadną odpowiedzią ze strony dowodzącego obroną Mokotowa „Karola”. Polski dowódca po wizycie parlamentariuszy w meldunku sytuacyjnym pisze m.in.
„Zamiar. Bronić się do ostatka, choćby i w gruzach i na najmniejszym skrawku Mokotowa”.
Monter odpowiada:
„Zgadzam się i popieram Pana myśl bronienia się do skutku”.
Już następnego dnia, 26 września, w meldunku sytuacyjnym około godziny 6:00 „Karol” będzie pisał: