28 września 1944 roku na naradzie Komendy Głównej AK i Delegatury Rządu na Kraj pada znowu słowo „kapitulacja”. „Bór” depeszuje do Rokossowskiego via Londyn i Moskwa, że bez znaczącej pomocy Armii Czerwonej Powstanie za dwa-trzy dni upadnie. O tym samym informuje Rząd w Londynie. Delegat Rządu RP Stanisław Jankowski164 nazywa zamiar dalszej walki szaleństwem, wskazuje na wielkie korzyści polityczne, jakie zostały osiągnięte i wzywa do ocalenia tego, co jeszcze można ocalić — „biologicznej substancji narodu”. W czasie tej samej narady „Monter” wyraża swoją opinię:
„Duch żołnierzy jest doskonały. Żołnierz ma olbrzymią wolę walki, chce się bić i to bić do ostatka. Na morale żołnierza nie ma żadnych szczerb. Możecie być go pewni”.
Ostatnia szarża
Tak, to sześćdziesiąty dzień i widzisz: jest tak, jak mówisz. Dopiero czuwanie dzień po dniu pokazuje, ile to trwało: zdążyłeś pojechać na urlop, wrócić, posłać dzieci do szkoły, kupić zeszyty, piórnik, przeżyć ponowny szok adaptacyjny młodszego dziecka w żłobku, dni zrobiły się krótsze, noce zimne, rower jeszcze stoi w garażu, ale wiesz dobrze, że szans na jego użycie będzie coraz mniej.
Jest 29 września rano, we mgle, szronie osadzającym się na trawach, grudach, ugorach zgrupowanie partyzanckie rządzące niemal niepodzielnie Puszczą Kampinoską pod dowództwem majora „Okonia” dociera do wsi Budy Zosine na południe od puszczy, zaledwie kilkaset metrów od nasypu linii kolejowej Warszawa-Skierniewice. Zgrupowanie jest rozciągnięte na wiele kilometrów wśród leśnych i polnych duktów. Celem marszu postawionym przez dowódcę są Góry Świętokrzyskie. Czas Niepodległej Rzeczypospolitej Kampinoskiej skończył się trzy dni temu, 27 września, kiedy niemieckie Stukasy zbombardowały rozpoznane miejsca postoju dowództwa zgrupowania, m.in. we wsi Wiersze. Oddziały osłonowe zgrupowania na wschodnich podejściach puszczy uwikłały się w ciężkie walki z niemieckimi oddziałami, które nacierały od Warszawy w głąb lasów. Wszyscy przeczuwali, że to nie przypadkowe starcie, ale początek szerszej, planowej akcji.
Fakt, że Warszawa stała się miastem frontowym, zaś na froncie od tygodnia panował spokój, zaowocował znacznym zagęszczeniem jednostek wojskowych, w pełnym tego słowa znaczeniu, wokół terenów objętych Powstaniem. Do akcji o kryptonimie „Sternschuppe” — czyli nomen omen „spadająca gwiazda” — Niemcy skierowali dwie grupy operacyjne w sile po około 3000 żołnierzy każda, wsparte lotnictwem rozpoznawczym, bombowym, czołgami, artylerią i co najmniej jednym pociągiem pancernym. Wiele wskazuje na to, że Niemcy od samego początku mocno przeceniali liczebność, siłę i wagę zgrupowania kampinoskiego. W raportach niemieckiego wywiadu podaje się liczebność od 5 do 15 tysięcy, czyli liczby, do jakiej w zasadzie się nie zbliżyło. Ale to zgrupowanie różnymi akcjami, zazwyczaj wysyłając oddziały w sile od kilkunastu do stu ludzi, niepokoiło niemieckie garnizony w promieniu wielu kilometrów. Niemcy wiedzieli też, że część zrzutów dla Warszawy lądowała w Kampinosie, gdzie dosyć łatwo była przejmowana przez partyzantów, którzy panowali nad dużymi obszarami terenu, gdzie dużo było ziemi niczyjej, zupełnie inaczej niż w opasanej coraz ściślejszym kordonem Warszawie.
Przez długi czas dostępu do Warszawy od północy broniła 12 dywizja węgierska, ale jak w wielu innych przypadkach tutaj i w całej Polsce, tam gdzie spotykali się polscy partyzanci, walczący po stronie alianckiej, i węgierskich żołnierze, formalnie wspierający Niemców, nie dochodziło do żadnych starć, a Honwedzi przepuszczali polskie oddziały bez jednego strzału, na różne sposoby udając potem głupków przed niemieckimi przełożonymi. Tak było w sierpniu, tak było we wrześniu koło Warszawy, tak było później na Kielecczyźnie, gdzie Honwedów próbowano używać do blokowania oddziałów okręgu „Jodła”, które po odwrocie znad Pilicy kontynuowały „Burzę” na swoim terenie. Ale we wrześniu zachodzą zmiany. Niemcy widać zorientowali się, że blokada od strony Kampinosu jest podejrzanie dziurawa.
Tymczasem dowodzenie zgrupowaniem w Kampinosie nie jest do końca jednolite. Duży mir w zgrupowaniu ma Adolf Pilch „Dolina”165, który po stracie łączności ze strukturami AK na Nowogródczyźnie przebił się ze swoimi ludźmi pod Warszawę. Jednak mimo że ma opinię znakomitego dowódcy i przyprowadza liczące 900 ludzi, pełni uzbrojone zgrupowanie — ciągnie się za nim cień rozejmu z Niemcami, w czasie którego zwalczał też partyzantkę sowiecką. Dodać wypada dla porządku — najpierw, zimą 1943, sowiecka partyzancka zaczęła dosyć skutecznie zwalczać jego. Zapewne powstaje też pytanie, jakim cudem 900-osobowe zgrupowanie ze 150 furmankami przeszło nietknięte ponad 400 kilometrów w linii prostej między jednostkami tyłowymi niemieckich wojsk, także po strzeżonych mostach i przeprawach. Pytanie bez odpowiedzi. KG AK obawia się, że zbytnie afiszowanie się współpracą z tym dowódcą może przynieść złe skutki w kontaktach z Sowietami, na których pomoc przecież się liczy. Jednak w Kampinosie jego rozjem czy układ z niemieckim okupantem przestaje obowiązywać, to „Dolina” okazuje się być jednym z bardziej bojowych dowódców. Ale w oddziale jest jeszcze świeże wspomnienie po rannym w nieudanym ataku na lotnisko bielańskie kapitanie Józefie Krzyczkowskim „Szymonie”, z którym z kolei związani czują się żołnierze pochodzący z okolicznych miejscowości. Z kolei major „Okoń” formalnie był dowódcą batalionu „Pięść” ze zgrupowania „Radosław”, z którego w Godzinie „W” wystąpiła tylko jedna kompania, w związku z tym, że dla reszty nie było broni. Został przysłany tutaj przez KG AK dopiero po licznych przygodach w sierpniu, ale tylko po to, by wybrać z istniejącego zgrupowania najlepiej uzbrojonych ludzi i poprowadzić ich na Żoliborz. Dowodzi dwoma nieudanymi atakami z Żoliborza na Dworzec Gdański, po czym część ludzi wypowiada mu posłuszeństwo i zostaje w mieście wcielona do zgrupowań pod dowództwem „Żywiciela”, a część z tych, którzy postanawiają wrócić do Kampinosu, zostaje rozbrojona przez cierpiących na brak amunicji i broni powstańców z Żoliborza. Można sobie wyobrazić animozje pomiędzy tymi dowódcami, można sobie wyobrazić, że kiedy jest względny spokój, jest żywność, zrzuty, amunicja, broń, a w niewielkich akcjach poszczególne oddziały odnoszą partyzanckie sukcesy — wszystko jest w porządku. Ale sytuacja się zmienia, kiedy na tę partyzancką republikę zaczyna naciskać zgrupowanie frontowego wojska, SS-mani z dywizji „Totenkopf”, „Hermann Goering”166, „Wiking”, czołgiści z 19 i 25 Dywizji Pancernej.
Wygląda też na to, że nie mając specjalnie operacyjnego pomysłu, jak wykorzystać Zgrupowanie „Kampinos”, podobnie jak w przypadku innych zgrupowań partyzanckich — we wrześniu Komenda Główna AK traci nim zainteresowanie. Partyzanci mają odbierać zrzuty, organizować transport żywności, amunicji i broni dla Warszawy, korzystając z nie do końca szczelnego kordonu wokół Żoliborza. 2 września „Bór”-Komorowski w depeszy do Londynu wnosi o rezygnację ze zrzutów dla partyzantów w Kampinosie. Zapewne zdaje sobie sprawę, że wobec upadku Starego Miasta przerzut czegokolwiek z Żoliborza do innych dzielnic będzie bardziej niż problematyczny. Myślenie KG AK w zasadzie było tutaj — na co zwraca uwagę Kirchmayer, ale też inni historycy — zadziwiająco jednokierunkowe. Oddziały partyzanckie miały wartość, o ile „szły z odsieczą” dla Warszawy. Nie było zupełnie innego pomysłu ich wykorzystania, ani nawet prób podobnego myślenia. W czasie pierwszych rozmów kapitulacyjnych (na razie pod pozorem konieczności zawarcia porozumienia o ewakuacji ludności cywilnej) wysłanników KG AK z von dem Bachem, ten ostatni w luźnej atmosferze będzie głośno dziwił się, dlaczego dowództwo Powstania nie wykorzystało rozbudowanych sił partyzanckich wokół Warszawy dla zakłócenia przerzutu wojsk do tłumienia Powstania w pierwszych dniach sierpnia, dlaczego później także w bezpośredniej bliskości Warszawy w zasadzie wszystkie niemieckie wojska miały całkowitą swobodę manewru. Dziwił się, dlaczego nikt nawet nie próbował wysadzić torów linii Warszawa-Skierniewice.