Przez cały dzień trwa ruch ludności cywilnej na stronę niemiecką. Jest umiarkowany. Przez barykady przechodzi około 8000 osób, głównie kobiety z dziećmi. Niewiele. I nie chodzi tylko o to, że wychodząc z miasta, trzeba wszystko porzucić, że wolno ze sobą zabrać tylko tyle z dorobku całego życia, ile jest się zdolnym unieść we własnych rękach. Trudno w to uwierzyć, ale ludność cywilna nie chce opuszczać miasta bez armii. Bo jeżeli armia zostaje, to jest nadzieja na wyzwolenie, wytrwanie, doczekanie wolności. Bo — wreszcie — armia wyrosła właśnie z tej ludności. Von dem Bach jest zaskoczony małą ilością cywilów opuszczających Warszawę i podejrzewa podstęp. Ale tego dnia w sztabie KG AK zostaje podjęta decyzja, że rozmowy kapitulacyjne mają być kontynuowane już następnego dnia — 2 października 1944 roku. Wiadomo, że huragan dywizji pancernych, który zmiótł w trzy dni Mokotów i dwa dni potrzebował na zmasakrowanie Żoliborza, teraz skieruje się w całości przeciwko Śródmieściu, zapewne najpierw przeciwko części południowej, a potem centralnej. Obie dzielnice są oddzielone od Wisły szerokim pasem zabudowy miejskiej. Nie ma szans, aby ktokolwiek z obu tych dzielnic przebił się do Wisły, tym bardziej, że front nad Wisłą milczy już prawie dwa tygodnie.

Tymczasem nad miastem zapada cisza. Dziwna, dzwoniąca w uszach. Ludzie wychodzą z piwnic. Grzebią w ruinach, zabezpieczają resztki dobytku w piwnicach, szukają bliskich — żywych czy umarłych. Za Władysławem Bartoszewskim — fragment relacji Jerzego Brauna179:

„Na Kruczej, koło Hożej powstał od razu targ, ruchomy bazar uliczny. Wymieniano dolary, kupowano latarki elektryczne (po dolarze sztuka), sprzedawano papierosy. [...] Ludzie w trudnych warunkach, które były dla Warszawiaków czymś w rodzaju końca świata, myśleli nie tylko o własnym ekwipunku, ale otwarli szafy i komody dla wszystkich źle odzianych, zwoływali, przymierzali, wywlekali coraz to nowe pończochy, płaszcze, szaliki, cierpliwie dopasowywali je do potrzeb bliźnich, zazwyczaj pierwszy raz w życiu widzianych. I dziwna rzecz: ludzie nie rozpaczali, nie biadali nad utratą swoich dóbr osobistych, nad opuszczeniem swoich domów i sprzętów. Była w nich jakaś cudowna, imponująca obojętność dla materii, stoicyzm posunięty do granic humoru, jakaś wspaniała pogarda bogów dla dobytku ziemskiego i mamony”.

Polskie Radio „Błyskawica” nadaje tego dnia komunikat:

„Istotnie jest prawdą, że Niemcy już nigdy nie zdobędą Warszawy. Warszawa już nie istnieje”.

O godzinie 19:00, równo z upływem terminu zawieszenia broni, ponownie odezwie się niemiecka artyleria. Władysław Bartoszewski wspomina, że paradoksalnie ten odgłos niszczycielskiej działalności Niemców zostaje przyjęty przez wielu ludzi z ulgą po całym dniu ciszy. Widomy znak tego, że mimo wszystko walka trwa. Wojsko trwa. Że w tej nocy jest, kto dowodzi. Że walka trwa.


Pan Bolesław. Kiedy walka przestaje mieć sens, zamienia się w rzeź

Jako dziecko bardzo lubiłem Pana Bolesława i Panią Wandę. O tym, że Pan Bolesław był przedwojennym członkiem Komunistycznej Partii Polski, którego nie udało się rozstrzelać Stalinowi i że Pani Wanda była z AK i pochowała w Powstaniu pierwszego męża, miałem się dowiedzieć dużo później. Dużo za późno, żeby zadać wiele pytań. Jako dziecko uwielbiałem syjamskiego kota Kacpra, który wylegiwał się na meblach i pokój Pana Bolesława, niewielką klitkę pełną książek i tajemniczych przedmiotów poupychanych na półkach, między książkami, wiszących na ścianie. Był tam hełm, bagnet, lornetka — tyle pamiętam. Pamiętam twarz Pana Bolesława, krzaczaste, zawsze lekko uniesione brwi, przedwojenny wąsik pod nosem. Wydawał mi się wielki, szczególnie przy drobnej Pani Wandzie. I nie traktował mnie jak dziecko, co ogromnie mnie fascynowało, rozmawiał ze mną jak z dorosłym. Nie ukrywał nic, nie ściemniał.

Bywało, że zamykał się z mną w swoim pokoiku i niespiesznie pokazywał coś ze swoich skarbów. Kilka razy obdarował mnie książkami, które szczególnie mnie fascynowały, rodzice mówili, że nie, że masz oddać, ale nie oddałem, a pewnie Pan Bolesław by nie przyjął. Bo to było między nami — mną i Nim, a nie między nim a rodzicami.