Tam też skierowana zostanie grupa młodocianych żołnierzy-ochotników Powstania, obliczana na około 600 jeńców w wieku od 11 do 16 lat. Jednak łącznie jeńców w wieku od 11 do 18 lat było, jak się oblicza, około 3600 — w tym 1100 chłopców i 2500 dziewcząt. Dysproporcja wynikała z tego, że chłopcy częściej służyli z bronią w ręku i częściej — pochwyceni z bronią w ręku — byli rozstrzeliwani na miejscu, chociaż zdarzały się oczywiście wyjątki — takie jak los wszystkich obrończyń reduty Wilanowska 1 na Czerniakowie, skąd nikt nie wyszedł żywy, ani ranni, ani dziewczęta, ani młodociani. Ta grupa — powtórzę to jeszcze raz: około 3600 jeńców — w wieku 11–18 lat to są najmłodsi jeńcy od kiedy obowiązują konwencje haskie. Są żołnierzami, którzy do swojej armii wstąpili ochotniczo, nie z poboru, często wbrew wszystkim wokół, także wbrew dowódcom, często zawyżając wiek, klucząc, udając, wracając oknem, kiedy komendant wyrzucił drzwiami. Nie, nie są aż tak mali, jak chłopiec będący pierwowzorem pomnika Małego Powstańca na Starym Mieście w Warszawie, ale tak, w zasadzie według dzisiejszej nomenklatury są dziećmi. Dziećmi, które widziały i przeżyły śmierć, zniknięcie, aresztowanie kogoś bliskiego, czasem najbliższego, tak jak sanitariuszka Róża Goździewska, lat 8, znana z fotografii Eugeniusza Lokajskiego, pomagająca w szpitalu polowym przy ulicy Moniuszki 11 (przeżyła Powstanie, wyszła z miasta z ludnością cywilną, zmarła w we Francji), która przeżyła aresztowanie Taty, rozstrzelanego w 1943 roku przez Niemców. Ostatecznie niejeden dowódca, komendant, często pod wpływem swoich podkomendnych ulegał, tym bardziej, że śmierć w tej bitwie tak samo spotykała cywilów, jak żołnierzy. Może nawet cywilów częściej i bardziej okrutnie.
Transport, wyładunek, marsz do obozów odbywał się w tragicznych warunkach. Niemcy bili, kłuli bagnetami, szczuli psami. Miejscowa ludność cywilna zbierała się na trasie przemarszów jeńców, rzucając w nich grudami błota, kamieniami, wyzywając, plując, szturchając, kopiąc. Pierwszą noc lub noce jeńcy spędzali często bez względu na pogodę bez wyżywienia pod gołym niebem. Także dlatego, że często baraki w obozach już były przepełnione i bez interwencji komendantury obozów nikt sam z siebie nie chciał zrobić nowym miejsca. Jeńców często ograbiano, zabierano pamiątki, elementy ubioru. Wszystkich traktowano pogardliwie, nazywając „polnische Banditen aus Warschau”. Ten los dorosłych jeńców był także losem młodych Powstańców, w tym kobiet-jeńców.
18 października 1944 roku do Lamsdorf przyjedzie niemiecka ekipa filmowa, jeńcy z Powstania zostaną zwołani na apel, a następnie padnie rozkaz, by wystąpili nieletni żołnierze. Zamysł propagandowy był taki, że niemiecka kronika miała zachęcać młodych ludzi do wstępowania do Volksstrumu, formacji ostatniej nadziei, złożonej z poborowych w wieku 15–60 lat, którzy do tej pory nie zostali wcieleni do Wehrmachtu ze względu na wiek albo stan zdrowia, coś na wzór pospolitego ruszenia. Jest jesień 1944 roku, Niemcy mają kłopoty na wszystkich frontach — zastój na linii Wisły uratował ich prawdopodobnie przed klęską jeszcze w 1944 roku, ale z orbity wypadła im latem Finlandia, która zmieniła front i już we wrześniu podjęła działania przeciwko Niemcom oraz Rumunia, sowieckie armie pancerne wlały się na Bałkany, a alianci, mimo blamażu pod Arnhem201 powolnym, mozolnym marszem doszli do granicy Niemiec. Wiadomo, że zbliża się dzień ostateczny dla Niemców i Niemiec. Film z motywem nieletnich żołnierzy miał odegrać rolę propagandowego uzasadnienia dla totalnej mobilizacji społeczeństwa. Na podaną komendę spomiędzy powstańczych szeregów zaczęli występować po kolei 11, 12, 13, 14, 15-latkowie. W miarę jak rosła grupa na środku placu apelowego, niemiecka ekipa przerwała filmowanie. Zrozumieli, że ten obraz nie przekaże odbiorcom nic, poza tym, że bezprzykładne zbydlęcenie narodu i państwa niemieckiego w czasie tej wojny wyprodukowało chęć odwetu, zemsty, dla której nie ma porównania w dziejach. A to dało Warszawie żołnierzy-ochotników, jakich nie miała żadna inna armia na świecie.
W grupie 554 chłopców, którzy 18 października 1944 roku zdecydowali się ujawnić swój wiek i wystąpić na plac apelowy — a nie wszyscy podjęli taką decyzję — było 18 kawalerów Krzyża Walecznych, 3 kawalerów Orderu Virtuti Militari, 206 zaś w czasie działań zbrojnych w uznaniu zasług bojowych było awansowanych na wyższe stopnie wojskowe do stopnia porucznika włącznie.
Tymczasem jest 4 października. Pobojowisko stygnie. Ludność cywilna opuszcza miasto, kierując się do Dulagu202 121 w Pruszkowie. Do niewoli wymaszerowują żołnierze 15 Pułku piechoty AK, czyli żołnierze zgrupowań „Chrobry II” i „Gurt”, za nimi nad ruinami niesie się ostatni komunikat Radia „Błyskawica”. Zaraz po jego nadaniu obsługa zniszczy urządzenia nadawcze, których Niemcom mimo prób namierzenia, bombardowania, zagłuszania nie udało się uciszyć do końca Powstania:
„Oto naga prawda. Potraktowano nas gorzej niż satelitów Hitlera, gorzej niż Włochy, Rumunię, Finlandię. Niechaj sprawiedliwy Bóg osądzi straszliwą krzywdę, jaką cierpi naród polski, i niechaj ześle zasłużoną karę na wszystkich, którzy ponoszą winę. Twoi bohaterowie to żołnierze, których jedyną bronią przeciwko czołgom, samolotom i działom są pistolety i butelki z benzyną. Twoi bohaterowie to kobiety, które opatrywały rannych i przenosiły meldunki pod gradem kul, które przygotowywały w zbombardowanych piwnicach zrujnowanych domów jedzenie dla dorosłych i dzieci i które niosły pociechę umierającym. Twoi bohaterowie to dzieci, które bawiły się spokojnie wśród dymiących ruin. To lud Warszawy. Naród, który potrafił wykrzesać z siebie tak powszechne bohaterstwo, jest narodem nieśmiertelnym. Bo ci, którzy zginęli, już zwyciężyli, a ci, którzy żyją, będą walczyć i zwyciężać i znów dawać świadectwo, że Polska żyje, póki żyją Polacy”.
Tylko że to wcale jeszcze nie jest koniec.
Gdzie jest grób Calela Perechodnika
To już nie czuwanie. To grzebanie. Bez gorączki, jakby ostatkiem sił, bez bojowego zapału. Tak jak rozgrzebuje się wypalone popioły. Dokonało się. Otwarta rana, jaką stało się miasto, nie zarasta, raczej tężeje, zestala się w tym kształcie, w jakim została zadana. To już nie miasto, to wielki, szarzejący strup. W ruinach jednak zostają nieliczni ludzie. Nie mam tutaj na myśli asystencyjnej resztki oddziałów strzegącej ewakuacji powstańczych szpitali, która 9 października rano opuszcza Warszawę. Nie mam na myśli ludzi, którzy ukrywając się w piwnicach i schronach, nie zauważyli, nie dowiedzieli się, że Powstanie upadło (chociaż można było się tego domyślić po nagłej ciszy trwającej od kilku dni) — chociaż i tacy się trafiali, szczególnie w rejonach, przez które pożoga oblężenia przetoczyła się stosunkowo wcześnie. Tym bardziej, że do wielu zrujnowanych budynków, z obawy przed minami, Niemcy nie wchodzili długo, albo nie wchodzili w ogóle. To stwarzało warunki do odnalezienia sobie szczeliny, jamy, w której można było próbować przetrwać ile się da. A nikt nie wiedział ile.