Wśród tych ukrywających się są tacy, którzy nauki wstępne z nieistnienia mają opanowane znacznie lepiej, którzy w tej szkole niebytu są najbardziej zaawansowani. Ludzie, którzy znali kanały o wiele lepiej niż Powstańcy na grubo rok zanim Powstanie Warszawskie wybuchło. Ilu ich było na terenie Warszawy w Godzinie W? Kilka, kilkanaście tysięcy? Nie tworzyli zwartej społeczności, byli rozproszeni, nawet nie zdziesiątkowani, bo przymiotnik, który należałoby utworzyć dla oddania stanu, w jakim znalazła się ich pierwotna społeczność, i tak niewiele by mówił. Pamiętasz scenę z „Czasu Apokalipsy”, kiedy pułkownik Kurtz mówi o tym, jak obserwował ślimaka pełznącego po krawędzi ostrza? To właśnie oni, ludzie ze skraju otchłani, wywieszeni nad nią jak garść suchorostów wżarta w jakąś garść ziemi sypniętą przypadkiem na krawędzi. Żydzi.
Nie stanowili jednej grupy. Rozproszone losy ludzi należących do różnych organizacji, albo nienależących już do niczego i nikogo. I jeden wspólny mianownik. Żadnych złudzeń, żadnej wielkiej nadziei.
Najbardziej barwną spośród tych grup stanowili ci uwolnieni przez batalion „Zośka” 5 sierpnia 1944 roku z obozu przy ul. Gęsiej, ulokowanego w ruinach dawnego Getta i zwanego „Gęsiówką”. Kilkuset Żydów i Żydówek z całej Europy, nie mówiących po polsku, zdanych całkowicie na dobrą wolę powstańczych władz i ludności stolicy, z trudem wtapiających się w otoczenie. Wielu z nich starało się o przydział do oddziałów powstańczych, często mieli potrzebne umiejętności. Podobno wśród uwolnionych Żydów był mechanik, który pomagał przy zdobytych przez zgrupowanie „Radosław” dwóch czołgach „Pantera”. Wielu innych imało się prac pomocniczych przy budowie barykad, kopaniu rowów, w szpitalach, wytwórniach powstańczego sprzętu. Nie działo się tak tylko dlatego, że chcieli walczyć, chociaż w wielu wypadkach na pewno też. Mogło też chodzić o to, że przynależność do wojska w obcym środowisku dawała im możliwość zdobycia żywności, zdobycia podstawowego poczucia bezpieczeństwa, przetrwania. Żyd z kiepskim wyglądem, bez znajomości realiów, środowiska i języka nie miał szans włączyć się w życie społeczności cywilnej. Naturalną koleją rzeczy trzymali się swoich oddziałów i spływali razem z nimi w stronę Starego Miasta, dzieląc z mieszkańcami i żołnierzami los unicestwianej dzielnicy. Po upadku Starego Miasta ci, którzy przeżyli, najczęściej byli rozstrzeliwani doraźnie, tam gdzie zastali ich zdobywcy ruin.
Przeżyli ci, którzy razem z innymi wyszli kanałami. Wśród nich był Peter Forro ps. „Paweł”, węgierski Żyd, znakomicie znający niemiecki, strzelec w 3 kompanii batalionu „Parasol”, w końcowej fazie walk na Czerniakowie — świetny strzelec PIAT-a. Wspominają go Tadeusz Grigo („Powiśle Czerniakowskie 1944”) i Aleksander Kamiński („Zośka i Parasol”). Tak pisze o ataku na budynek Banko PKO na ul. Okrąg 2 pierwszy z nich:
„Czołg z lufą działa skierowaną w budynek PKO, sunął powoli z terenu gazowni [...] nagle z drugiego rogu, z domu pod numerem 7a przy ulicy Ludnej, „Paweł” strzelił ze swojego „piata”. Zawsze był niezawodny. Tym razem też. Czołg stanął w płomieniach”.
[14 września]
„[...]Trzy czołgi, nie niepokojone przez powstańców, zbliżały się powoli do rogu ul. Okrąg. Gdy pierwszy znalazł się w odległości około 50 metrów od stanowiska „piata”, na rozkaz pchor. „Lota” — „Paweł” wystrzelił. Pocisk rozerwał się około metra przed czołgiem, co wystarczyło, by wszystkie zawróciły[...]”
[15 września]
O tej samej akcji zdaje się pisze Kamiński:
„[...] Gdy okazało się, że broń przeciwpancerna plutonu berlingowców nie działa skutecznie w rękach jej obsługi, Jurek Lot zdecydował, że należy użyć piata, do którego miał już tylko trzy granaty. Paweł, obsługujący tego piata, miał szczęśliwą rękę: za drugim strzałem obezwładnił najbliższe działo szturmowe, dwa pozostałe po krótkim namyśle wzięły na hol wrak i zniknęły wraz z nim. Paweł nie mówi po polsku, to Żyd węgierski z Gęsiówki, który wraz ze swym kolegą Belą stał się żołnierzem „Parasola””