Wiadomo, że 22 września w czasie walk w rejonie magazynów „Społem” na ulicy Wilanowskiej „Paweł” jako władający biegle językiem niemieckim został wytypowany jako parlamentariusz do rozmów z Niemcami dotyczących poddania się części Powstańców i zanim zdążył dojść do wrogich linii pod białą flagą — został zastrzelony. Może ktoś po tamtej stronie zapamiętał, że dzień czy dwa wcześniej zaproponował Niemcom w nienagannej niemczyźnie, żeby sami się poddali Powstańcom. Nie natknąłem się na żadne zdjęcie Petera Forro z PIAT-em, którego tak niezawodnie obsługiwał. Jest w ogóle mało zdjęć Żydów z bronią. Nie mieli swojego biura propagandy.

Wśród Żydów byli też ci, którzy ukryli się cudem po „aryjskiej” stronie miasta po Powstaniu, nazywanym Powstaniem w getcie, a które niektórzy historycy nazywają dużo godniej — Kwietniowym, stawiając je w jednym rzędzie z polskimi narodowymi zrywami z Listopada i Stycznia. Niechciane, niezasymilowane przez polską świadomość, było z ducha przecież polskie, może tylko bardziej rozpaczliwe, beznadziejne, heroiczne, dla samej zasady. Żyjący przywódcy Powstania Kwietniowego — Marek Edelman i Icchak Cukierman203 — po wyjściu z ukrycia piszą 3 sierpnia 1944 roku odezwę do bojowców z getta, gdziekolwiek są, która jest kolportowana począwszy od 11 sierpnia 1944 roku, pierwszy raz przez „Warszawianka — Wydawnictwo Warszawskiego Okręgowego Komitetu Robotniczego PPS”, a następnie powtórzona zostaje kilkukrotnie na łamach różnych tytułów powstańczej prasy:

„Do Obrońców Warszawskiego Getta!

Do pozostałych przy życiu Żydów!

Od trzech dni lud Warszawy prowadzi walkę orężną z okupantem niemieckim. Bój ten jest i naszym bojem. Po upływie roku od pełnego chwały oporu w gettach i obozach „pracy”, od obrony życia i godności naszej, stoimy dziś wespół z całym Narodem polskim w walce o wolność. Setki młodzieży żydowskiej i bojowników ŻOB stoją ramię w ramię ze swymi polskimi towarzyszami na barykadach. Walczącym nasze bojowe pozdrowienie.

Wzywamy wszystkich pozostałych jeszcze przy życiu bojowców ŻOB oraz całą zdolną do walki młodzież żydowską do kontynuowania oporu i walki, od której nikomu nie wolno stać z dala. Wstępujcie do szeregów powstańczych. Przez bój do zwycięstwa, do Polski wolnej, niepodległej, silnej i sprawiedliwej.

Żydowska Organizacja Bojowa

Komendant Antek”

Garstka członków dawnej komendy ŻOB dołącza do Zgrupowania „Róg”, a potem do Armii Ludowej na Starym Mieście. Początkowo komenda AL nie chce dawać im żadnych zadań, chce ocalić tę garstkę pogorzelców. Szybko okazuje się, że na odcinku powierzonym AL najbezpieczniej jest w pierwszej linii, bo stanowiska niemieckie są mniej niż sto metrów od linii powstańczych, zatem nie jest używana tutaj ciężka broń, rejon nie jest bombardowany przez samoloty ani ciężką artylerię, tak jak zaplecze kotła staromiejskiego. Kiedy upadek Starego Miasta staje się bliski, przechodzą razem z AL kanałami na Żoliborz. Po kapitulacji dzielnicy nie decydują się wyjść razem z jeńcami. Nie wierzą, że to dla nich ocalenie, a raczej, że jest to pewna śmierć. Zostają w podziemiach domu przy ulicy Promyka 43 i będą próbowali przetrwać tak długo, jak się da. W połowie listopada podejmą próbę wyjścia. Tak ten dzień zapamięta dr Stanisław Śwital204, w Powstaniu zastępca szefa służby zdrowia Śródmieścia, po Powstaniu szefujący niewielkiemu szpitalikowi w Boernerowie:

„W tym pamiętnym dniu 15 listopada 1944 r. ok. godz. 9 rano weszła do mojego małego, skromnego gabinetu lekarskiego jakaś młoda nieznana mi kobieta, a stanąwszy przede mną powiedziała: „to pan doktor Śwital” i, nie czekając na potwierdzenie lub zaprzeczenie tych słów, podała mi wyciągniętą ręką małą karteczkę białego papieru, na którym od razu dostrzegłem znany mi dobrze podpis: „Bartosz”. Onże „Bartosz”, prof. dr med. Lesław Węgrzynowski205, były szef sanitarny Warszawa-Śródmieście w Powstaniu Warszawskim, w kilku skreślonych słowach prosił mnie, byłego swego podwładnego, tj. byłego zastępcę szefa sanitarnego Warszawa-Śródmieście, o uczynienie wszystkiego, na co mnie stać, w sprawie, którą przedstawi oddawczyni kartki. Dr Węgrzynowski napisał też, że ja jestem jedynym człowiekiem, w którym widzi nadzieję ratunku dla siedmiu osób. Jasne było, że nie tylko dr Węgrzynowski, ale i kobieta, którą miałem przed sobą, znali mnie: „Bartosz” ze współpracy ze mną, a ona z opowiadania „Bartosza”.