Kobieta, której nie pytałem, kim jest, bo wystarczył mi podpis „Bartosza”, opowiedziała mi, że na Żoliborzu przy ulicy Promyka w piwnicy jednopiętrowego domu siedzi siedmiu powstańców warszawskich: pięciu mężczyzn i dwie kobiety, i że grozi im niechybna śmierć, gdyż w kamienicy tej w przeciwległym szczycie Niemcy rozpoczęli budować umocnienia i w każdej chwili mogą dojść do piwnicy kryjącej powstańców. Dodała przy tym, że powstańcy mają broń i trochę amunicji, ale to ich nie uratuje. Na moje pytanie, skąd ona to wszystko wie — odpowiedziała, że i ona tam była, ale przed paroma dniami wyrwała się stamtąd z koleżanką, aby po drugiej stronie frontu dla odciętych od świata i ludzi szukać pomocy”.
Doktor Śwital organizuje grupę ratunkową złożoną z kilku osób. Każdą z osób, która zgłosiła się do pomocy, przyjmował osobno, bez świadków i pytał, czy jest gotowa na śmierć. Bo rzeczywiście, wyprawa do ruin Warszawy w tamtym momencie była proszeniem się o śmierć. Kiedy grupa ratunkowa dotarła na ulicę Promyka, Niemców w domu, w którym ukrywali się Żydzi, chwilowo nie było. Wszyscy zrzucili z siebie co mogli, żeby upodobnić się do robotników. Najsłabsi, w tym bardzo źle wyglądający, Edelman zostali położeni na noszach i przykryci kocami. Do rozmów z niemieckimi patrolami po drodze delegowano dwie dobrze wyglądające i władające biegle językiem niemieckim siostry — Marię Syłkiewicz i Barbarę Kinkiel. Trzykrotnie niemieckie czujki zatrzymywały ten dziwny pochód w ruinach i trzykrotnie po dłuższej wymianie zdań — puszczali wszystkich dalej. O tym, kogo udało się uratować ekipie zorganizowanej przez doktora Świtaja, on sam dowiedział się po kilku latach, kiedy spotkał jedną z uratowanych osób — adwokata Zygmunta Warmana.
Byli jednak też i tacy, którzy naprawdę cierpieli na tyfus i nie mieli tyle szczęścia co Edelman i Cukierman. Tak jak Calel Perechodnik, uciekinier z getta w Otwocku, który w latach 1942–43, siedząc na melinie, spisał jeden z najbardziej wstrząsających dokumentów, wydany ostatecznie po wielu latach pod tytułem „Spowiedź”, który zadedykował „sadyzmowi niemieckiemu, polskiej podłości i tchórzostwu żydowskiemu”. Nie szukał w tym tekście rozgrzeszenia, ale odtwarzał krok po kroku mechanizm otumaniania masowej ofiary, mechanikę holocaustu, zakładając, że pisze ostatnie słowa w swoim życiu, nie wierząc w Boga, zbawienie duszy ani żadne przebaczenie poza jednym, które chciałby uzyskać — przebaczeniem swojej żony i córeczki, które — kiedy przyszła godzina wywózki — sam pomógł jako żydowski policjant zapakować do wagonów, które zaplombowane wyjechały z Otwocka w stronę Treblinki.
Perechodnik jednak przeżył na melinie aż do Powstania, został przyjęty jako ochotnik do batalionu „Chrobry II” w Śródmieściu. Podzielił los wielu innych chętnych do walki — był ludzką rezerwą, człowiekiem gotowym do walki, dla którego nie było broni. Później poważnie się rozchorował. A później wraz z innymi osobami zdecydował się pozostać w gruzach Warszawy. List Henryka Romanowskiego wydrukowany w pierwszym wydaniu „Spowiedzi” Perechodnika opowiada resztę tej historii.
„Ob. Pejsach Perechodnik
List wasz z dnia 10 gm, otrzymałem. Niestety mogę wam tylko donieść o utracie waszego brata a mego dobrego przyjaciela, kolegi Calka. Zginął po kapitulacji Powstania w Warszawie będąc w bunkrze. On był razem z grupą 22 osób. Zostali oni wykryci przez szabrowników, którzy szukali z Niemcami.
Kolega mój jedyny, który się uratował z całej grupy, przypadkowo w nocy grupę naszego bunkra spotkał i zabraliśmy go do nas. Jak on mi opowiadał, to wszyscy z bunkra wyszli na żądanie tych bandytów. Calek będąc po chorobie nie mógł wyjść i zginął w bunkrze, czyli został prawie spalony, wszyscy co powychodzili zostali rozstrzelani na miejscu.
Ja dowiadując się nazajutrz po tragicznym wypadku, poszedłem na miejsce tragicznego wypadku i pochowałem zwłoki mego serdecznego, dobrego przyjaciela, którego starałem się podczas Powstania wszelkimi siłami ratować.
Na pewno wam wiadomo, że był on chory na tyfus i żył w ciężkich warunkach materialnych. Co było w mojej mocy to robiłem, w tak ciężkich warunkach sprowadziłem do niego lekarza.
Niestety należy do tych wszystkich co my wszyscy straciliśmy.