Drogi Przyjacielu! Co do miejsca wypadku i gdzie pochowaliśmy nie jestem w stanie podać adresu. Ja prawdopodobnie będę w najbliższym czasie w Warszawie. O ile nam warunki na to pozwalają, to moglibyśmy się umówić albo spotkać w Warszawie, pokazałbym wam to miejsce. W razie wam to jest niemożliwe, to ja będąc w Warszawie ustalę sam dokładnie miejsce wypadku i wam odpiszę.

Oczekuję na odpowiedź.

Z szacunkiem

Henryk Romanowski”

Nikt do dzisiaj nie wie, gdzie jest grób Calela Perechodnika.


Fallout 1944. Robinsonowie

Robinson — to brzmi romantycznie. Wyrzutek, rozbitek, pozostawiony na pastwę żywiołów, budujący świat od zera, od nowa, na nowo określający swoje miejsce wobec natury, no tak. Ale jak to się ma do ludzi, którzy wybrali pogrzebanie żywcem w morzu ruin? Bo to najczęściej była decyzja o pogrzebaniu się żywcem, z niewielką nadzieją na zmartwychwstanie. I co ciekawe, że wielu z tych, którzy byli nazywani warszawskimi robinsonami, nie do końca zgadza się z takim określeniem. Jakby chcieli podkreślić, że w tym nie było nic z klimatu powieści Daniela Dafoe czytanej nawet może w czasach młodzieńczych. Różniło ich od pierwowzoru w zasadzie wszystko. Na przykład — Robinson Crusoe czekał na spotkanie z innym człowiekiem, a dla warszawskich robinsonów inny człowiek był źródłem największego zagrożenia. Inni ludzie byli gotowi ich zabić po prostu za to, że są, bez żadnych zbędnych negocjacji. Tak jakby przetrwanie w pustyni wymarłego, dobijanego kolejnymi wyburzeniami, rabunkami i podpaleniami miasta nie było wystarczającym wyzwaniem.

W chwili podejmowania decyzji, o ile to zawsze była decyzja, nikt nie przypuszczał, że front będzie stał na Wiśle, czyli na wyciągnięcie ręki — do stycznia 1945 roku. Do ostatniej chwili przed upadkiem Powstania oczekiwano wznowienia ofensywy sowieckiej, jeżeli nie bezpośrednio, poprzez desant w Warszawie, to pośrednio, przez uderzenia od południa, znad Pilicy, albo od północy, manewrem przez Narew i Wkrę. Szczególnie tę drugą wersję Rosjanie mieli dobrze ugruntowaną historycznie — raz tak zrobił Paskiewicz w 1831 roku, a drugi raz próbował Tuchaczewski w 1920. Jeżeli wziąć to pod uwagę — decyzja, by zamaskować się i pozostać w mieście, nie wydawała się wcale taka zupełnie nierozsądna. Szczególnie gdy się miało w świadomości to, ile warte były humanitarne obietnice Niemców na Woli, Ochocie, Starym Mieście, Czerniakowie, Powiślu. Wyjście z miasta było zdaniem się na łaskę i niełaskę wroga. To mogło być trudne do przyjęcia nie tylko dla Żydów, którzy nie mogli liczyć na nic, ale i dla Polaków. I tak często było. Zatem niektórzy przygotowywali się, czasem dosyć długo, na tę ewentualność. Inni podejmowali nagle narzuconą im grę w przetrwanie ad hoc.

Ukrywali się w piwnicach i na strychach, czasem we wnętrzu żeliwnego kotła, czasem na półpiętrze spalonego domu. Jedni ukrywali się kilka, kilkanaście dni, inni ponad pięć miesięcy; jedyni byli Polakami, inni byli Żydami; jedni ukrywali się samotnie, inni ukrywali się w grupach, czasem z rodzinami; byli żołnierzami, cywilami; byli cali, zdrowi, a czasem ranni, czasem nawet ciężko. Były grupy, w których znajdowały się dzieci, kobiety w ciąży, psy. Jedni swój los planowali zawczasu, organizując podziemne izby, awaryjne wyjścia, kopiąc dodatkowe chodniki w stronę kanałów, inni przyjmowali go nagle, bez żadnego przygotowania, w wyniku splotu okoliczności.