Jedni opuszczali gruzowiska Warszawy jeszcze jesienią, w czasie kapitulacji — tak jak sanitariuszka Danuta Gałkowa ps. „Blondynka” — odkryta 8 października 1944 roku przez patrol sanitarny, kiedy żyło jeszcze dwóch z 21 lub 22 ciężko rannych, których wyprowadziła, wyniosła z płonącego szpitala „Pod Krzywą Latarnią”, sama z płonącymi włosami — 2 września 1944 roku. Inni ukrywali się jeszcze długo po zajęciu gruzów Warszawy przez Sowietów, bo nie mieli w swoich schronach skąd się dowiedzieć, że jest już po wszystkim. Ci, którzy wybierali metodę mniej bezpieczną — koczowania w budynkach, na wysokich piętrach, często wcześniej spaliwszy schody, samodzielnie dokonując dodatkowych wyburzeń — nie mieli raczej szansy przegapić momentu wkroczenia wojsk sowieckich do Warszawy. Ci, którzy wybierali życie w bunkrach czy w kanałach — nie mieli skąd czerpać najbardziej podstawowej wiedzy nie tylko o sytuacji na froncie i okolicy Warszawy, ale o rzeczach takich, jak który aktualnie jest miesiąc, dzień tygodnia, pora roku. Tym bardziej, że niezależnie od miejsca wybranego na schron wszyscy wspominają o odwróconym zegarze biologicznym — dzień miał być nocą, a noc dniem. Bo największym wrogiem warszawskich robinsonów był przecież drugi człowiek, a nie natura. Szczególnie gdy byli Żydami. Nie wiadomo dokładnie, ilu ich było. Liczbę tych, którzy przetrwali, historycy szacują na około osiemset osób. Liczbę tych, którzy podjęli taką próbę, bardzo zgrubnie szacuje się na około dwa tysiące osób. To by oznaczało, że około tysiąc lub więcej osób zginęło z rąk Niemców, zmarło z głodu, chorób, zimna lub ran między październikiem 1944 roku a styczniem 1945 — ale są to czcze dywagacje. Mogło się przecież zdarzyć, że człowiek znikał bez świadectwa, gdzieś w gruzach, zastrzelony przez Niemca, szabrownika, lub nie był w stanie sam wydobyć się ze swojej kryjówki z powodu osłabienia lub innego nieszczęścia — na przykład kontuzji w trakcie wędrówki po ruinach. Wówczas po wojnie zostawały przypadkiem odkrywane anonimowe bunkry-mogiły, rozłożone resztki ciał. Nieme.
Można chyba zaryzykować stwierdzenie, że większość osób ukrywająca się planowo w ruinach Warszawy była Żydami, a jeżeli wśród nich znajdowali się Polacy, to najczęściej jakoś z tą grupą związani — więzami rodzinnymi, małżeńskimi, przyjaźnią, rzadziej poczuciem obowiązku czy solidarnością, chociaż i o takich wypadkach jest mowa. To oni budowali schrony zawczasu, dbali o zapasy, dodatkowe wyjścia, wentylację, czasem mieli wewnętrzną studnię, czasem uzbrojenie dla części załogi bunkra. Żydzi też najczęściej pozostawali w grupach. Rekordzistami wydają się dwa małżeństwa ukrywające się od lipca 1943 roku (sic!) w skrytce między mieszkaniami przy ulicy Hożej 36 (za Dariuszem Libionką i Barbarą Engelking „Żydzi w powstańczej Warszawie”): Fania z mężem Sewkiem Glazerem oraz Basia z mężem Mietkiem Chwatem. W tej samej skrytce przetrwali od Powstania do 17 stycznia 1945 roku. Wynika z tego, że łącznie spędzili w niej ponad półtora roku z przerwą na Powstanie.
W grupie Robinsonów z przypadku największą grupę stanowili z kolei Polacy, którzy na ziemi niczyjej lub wrogiej zostawali w wyniku zamieszania związanego z przesuwającymi się liniami frontu, chaosu miejskiej walki, w której łatwo było stracić orientację. Ponadto Polacy należeli też do tej grupy, która często ukrywanie się zaczynała jeszcze w trakcie trwania Powstania i nie mając orientacji w swoim położeniu, nie wiedząc na przykład, że Powstanie upadło, że żołnierzom Armii Krajowej przyznano prawa kombatanckie — kontynuowała swoją robinsonadę. Zdarzało się też, że byli robinsonami jedynie w czasie Powstania (stąd te kłopoty w oszacowaniu liczebnego i czasowego wymiaru zjawiska) i w czasie Powstania przestawali nimi być, na przykład mieszając się z tłumem cywilów wychodzącym 1 i 2 października do Pruszkowa. Polacy też byli najliczniejszą grupą próbującą rozwiązań, które nigdy nie przyszłyby do głowy zabunkrowanym Żydom — na przykład wmieszania się w grupy przymusowych robotników przybywających do Warszawy z Dulagu Pruszków na rabunek i wyjścia razem z nimi ze strefy zakazanej.
Dariusz Libionka i Barbara Engelking w książce „Żydzi w powstańczej Warszawie” wspominają grupę, która ukrywała się przy ulicy Złotej 26 — około 20 osób, które dały się zamurować w dobrze wyposażonym, wentylowanym bunkrze, dawnym piwniczym magazynie sklepowym. Mieli mieć żywność, wodę, broń. Zaraz po zajęciu gruzów Warszawy przez Armię Czerwoną przyjaciółka jednego z zamurowanych o imieniu Ewa przybyła na miejsce, gdzie w tamtej chwili stacjonował oddział NKWD. Po otwarciu bunkra (za książką D. Libionki i B. Engelking): „z otworu na czworakach, zataczając się wyczołgały się postacie-upiory, potwornie brudne, zarobaczywione, zarośnięte i półprzytomne. Dwie obłąkane osoby nie dały się wyprowadzić z piwnicznych czeluści, zostały zastrzelone”.
Jeden z uwolnionych wtedy — Abram Lewi (Ryszard Walewski)206 zeznawał później w procesie Jürgena Stroopa, napisał też, mieszkając już Izraelu, książkę wspomnieniową. Nigdzie nie wspominał już o tym, jak i z kim przeżył w bunkrze w gruzach Warszawy, jak nazywali się ci, którzy przeżyli, ale nie chcieli wyjść i zostali zastrzeleni. To są zdania, które są zwięzłe i więzną w gardle, gdy się je próbuje przeczytać na głos. Podobnie po lekturze relacji Alicji Haskelberg207, ukrywającej się z grupą Polaków i Żydów przy ulicy Wilczej 32, zostaje fragment:
„Ci 3 Żydzi nas opuścili, obiecując, że do nas zajrzą i przyniosą trochę żywności. Niestety, siły nas zupełnie opuściły i z każdym dniem czuliśmy, że niedługo pomrzemy wszyscy. Mój mały synek, który leżał w gipsie, zaczął puchnąć i 30 grudnia 1944 r. zmarł. [...] Trupek mojego małego synka leżał z nami przez dłuższy czas, dopiero potem zjawili się ci 3 Żydzi, którzy gdzieś w pobliżu się ukrywali. Przynieśli nam trochę żywności i zabrali mego synka, by go zakopać w piwnicy”.
Nieco ponad dwa tygodnie później Alicja Haskelberg wyszła na wolność. Nie wiem, czy ekshumowano jej małego synka, czy dowiedziała się, w której piwnicy został zakopany.
Jedną z najbardziej niezwykłych historii opowiada Wacław Gluth-Nowowiejski, sam ukrywający się jesienią 1944 roku na Marymoncie. W swojej książce „Stolica jaskiń” opisuje, jak na Czerniakowie dwóch żołnierzy — Stefan Ślusarczyk208, prawdopodobnie ze zgrupowania „Kryska”, oraz Franciszek Głowacki209, prawdopodobnie przydzielony do Komendy Głównej AK w pobliżu ulicy Solec, uciekając przed niemieckimi czołgami, schronili się w piecu Fabryki Wyrobów Pozłacanych Plewkiewicza210 i tam zostali przez kolejne cztery miesiące. Niestety niewiele więcej o tych dwóch ludziach wiadomo, poza tym, że podobno przeżyli, wychodząc w styczniu 1945 roku ze swojego ukrycia. Nie wiadomo jednak, co przez ten czas jedli i pili, skoro zakłady na Czerniakowie były w zasadzie na pierwszej linii frontu. Relacja ta nie jest do końca jasna, ale spisana została przez człowieka, który sam przeżył jako Robinson od 14 września do 2 listopada 1944 roku, ciężko ranny w rękę w piwnicy domu przy ulicy Warszawskiej 6, więc wiedział, o czym pisze.
Sam Wacław Gluth-Nowowiejski ps. „Wacek”211 nie zaplanował swojego losu, został robinsonem z przypadku. Wraz ze swoim oddziałem brał udział w krwawych walkach 14 września o Marymont na północ od Żoliborza. Osaczony razem ze swoją drużyną w niewielkim murowanym domku, próbował się bronić, podczas gdy trzy łączniczki usiłowały wynaleźć jakąś drogę ucieczki. W rozmowie zamieszczonej Archiwum Historii Mówionej opowiada o tym tak: