„Wydostały się, zobaczyły, że tutaj nie ma Niemców, przebiegły szybciutko truchtem do najbliższego drzewa tego zagajnika i stamtąd zaczęły wołać do nas: „Chłopcy, słuchajcie, jeszcze tu jest wolne przejście. Biegnijcie szybko”. Trzech chłopców spróbowało się tam przedostać. Ale od razu, ledwo się wychylili, poszła seria jedna, druga, trzecia, więc się szybko wycofali. Natomiast dziewczęta były już dalej i zatrzymały się w tym zagajniku. I co się tam z nimi stało? Po prostu nie mogły się dalej ruszyć, ponieważ właśnie spokojnie, pomalutku nadjeżdżał czołg. Widział ich, a one stały przy drzewie. Przytuliły się do drzewa i do siebie. Na tym czołgu siedzieli też tacy młodzi, opaleni esesmani, jeden z nich zeskoczył, podjeżdżał blisko, dał serię, potem jeszcze drugą serię. Wskoczył ponownie i pojechali. Tam zginęła Danusia i Basia, obie. [...] Wtedy już wszyscy wiedzieli, że jest koniec, że właściwie nie ma wyjścia. Nastąpiło coś w rodzaju, chyba to się zdarzało dość często w sytuacjach beznadziejnych. Zginiemy, ale nie jak bezbronni, spróbujemy z nimi walczyć. Dwóch chłopców wyskoczyło jednym z wejść bocznych, nawet jeden miał pistolecik, a drugi granat, bo takie było nasze uzbrojenie. Nawet ten z pistolecika zdążył strzelić do Niemca, który nieoczekiwanie tam stał, nie wiedział, i nawet nie wiemy, czy go trafił, czy nie. W każdym razie strzelił do niego, ale zanim drugi zdążył rzucić granat, poszła seria z tego ciężkiego karabinu maszynowego i dosłownie zmiotła ich. [...] Wanda, patrolowa patrolu sanitarnego, zerwała się i powiedziała: „Jak będziemy tu leżeli, to nas wykończą. Spróbuję z nimi porozmawiać. Wyskoczę z opaską Czerwonego Krzyża”. I tak zrobiła. Wyskoczyła, ale daleko nie wyskoczyła. Jeszcze nie wyszła całkowicie z tego wejścia, jak ta sama seria z tego samego karabinu ją odrzuciła, tak że padła z powrotem. To była kolejna z dziewcząt i ostatnia”.
Niemcy wrzucili do budynku wiązki granatów, strzelali przez otwory okienne, wreszcie próbowali go podpalić miotaczami ognia, po czym uznali, że wszyscy wewnątrz nie żyją i poszli dalej. Okazało się, że mimo tej masakry żyje sześciu ludzi, w tym dwóch ciężko rannych. Trzech z pozostałych, w tym Gluth-Nowowiejski, postanowiło dojść do własnych linii i sprowadzić patrol sanitarny po ciężko rannych kolegów, co zdaje się miało raczej wartość kłamstwa krzepiącego obie strony — pozostawianych ciężko rannych i wychodzących lżej rannych. „Wacek” ma wiele lekkich ran od odłamków i jedną ciężką, prowizorycznie opatrzoną ranę ręki ze złamaniem kości, przemieszczeniem stawu, jedna miazga. W czasie próby dotarcia do swoich linii dochodzi do strzelaniny z przypadkowo napotkanym na płonącym Marymoncie niemieckim patrolem koledzy się rozpraszają. Gluth-Nowowiejski odczołguje się ogródkami jak najdalej od miejsca, gdzie wpadli na niemiecki oddział i widzi nieduży murowany domek, który się nie pali. Ostrożnie wpełzł do piwnicy, która pełniła funkcję rupieciarni, ale w której — o dziwo — stało łóżko. Położył się na nim, nakrył kocem i tak został. Ocalony dom nie był jednak spokojnym schronieniem, bowiem przyciągał uwagę. Kilkukrotnie wobec intruzów Gluth-Nowowiejski udawał trupa, zarzucając sobie koc na głowę. Jego wygląd po wielu dniach ukrywania się w piwnicy z ciężką, gnijącą raną, smród który panował w miejscu, gdzie także musiał załatwiać swoje potrzeby fizjologiczne — to wszystko sprawiało, że ten fortel działał. Jak wspominał w archiwum historii mówionej:
„Jak odsłonił moją twarz, jak nie wrzaśnie i chodu stamtąd po tych schodach i tam zaczął wrzeszczeć „Tote in Bett!”, czyli trup w łóżku. Rechot Niemców, że jakiś głupi Wasyl przestraszył się trupa. [...] po pewnym czasie, kiedy to znowu posłyszałem głosy niemieckie. Więc znowu zarzuciłem koc na twarz. Przyszło dwóch Niemców i ktoś trzeci. Tym trzecim okazał się cywil Polak. Ja nie mam oczywiście zielonego pojęcia kto jest, co to jest. Po tym incydencie z Ukraińcem, ja już ten koc w ogóle odrzuciłem, tym bardziej że on cuchnął, już był cały w ropie, bo przecież moje rany ropiały. [...] Weszli i ten jeden Niemiec mówi (na tyle, ile niemiecki rozumiałem, bo w czasie okupacji człowiek się uczył, to zrozumiałem, że on powiedział tak): „Do diabła wszędzie pełno tych trupów, znowu tu jest śmierdziel, rozkłada się”. Zwraca się do tego Polaka: „Zabierzcie go jak najszybciej i razem z tamtymi, co pokazywałem, gdzieś tam zakopcie”. Myślę sobie: „Z jednej strony dobrze, bo znaczy już jestem bardzo autentyczny nieboszczyk, trupek, ale z drugiej strony, jak zaczną mnie żywcem zakopywać, to ja dziękuję za taką przyjemność”. Ale ten Polak po polsku sobie mruczał: „Dobrze, dobrze, przyjdę, przyjdę”. Ale wcale nie przyszedł. I tak to już zostało. Oczywiście, oni nie mieli wątpliwości, bo zapach był tam przerażający, bo to nie tylko jest ropa, nie tylko smród, ale przecież ja musiałem czynności fizjologiczne tam na miejscu [wykonywać], więc absolutnie to stwarzało taką realistyczną wizję, że trup się rozkłada”.
Długotrwałe przebywanie w oderwaniu od jakichkolwiek informacji powodowało, że traciło się rachubę czasu. Żeby nie oszaleć, leżąc tygodniami na łóżku w rupieciarni w domu przy ulicy Warszawskiej 6, Gluth-Nowowiejski zaczął w myślach powtarzać zasłyszane utwory muzyki klasycznej. Podobnie jak Gluth-Nowowiejski o swojej walce z obłędem, z samotnością opowiadał Władysław Szpilman212 najsłynniejszy z Warszawskich Robinsonów, głównie dzięki filmowi Romana Polańskiego. Leżąc w stanie półśpiączki, powtarzał godzinami w głowie wszystkie utwory, jakie wykonywał, nuta po nucie, akord po akordzie. Podobnie o swoich doświadczeniach pisał lwowski prawnik Alojzy Muraszko, który ukrywał się pomiędzy 7 sierpnia a połową grudnia 1944 roku w Warszawie. Czytał jedyne dwie książki, jakie udało mu się znaleźć, w tym podręcznik jazdy na nartach po niemiecku i znał je prawie na pamięć, obmyślał rozmaite casusy prawne, układał w głowie kryminał, wymyślał postaci, pisał dla nich dialogi. Uważał, że to go uratowało od szaleństwa.
Wacław Gluth-Nowowiejski został wyprowadzony z Warszawy 2 listopada 1944 roku. Nie wiedział, że Powstanie upadło. Wyprowadziła go kobieta, która mówiła, że sama straciła syna w Powstaniu. Trafił do szpitala w Boernerowie, gdzie operował go doktor Stanisław Świtaj, ten sam, który przyczynił się do ocalenia Marka Edelmana, Icchaka Cukiermana i pięciu innych osób z kryjówki w piwnicy przy ulicy Promyka 43. Nigdy nie dowiedział się, kim byli ludzie, którzy odnaleźli go w piwnicy domu przy ulicy Warszawskiej 6, dali mu buty, wsadzili na dwukółkę i wywieźli ze strefy śmierci. Dawał ogłoszenia, szukał ich wszelkimi sposobami — rozpłynęli się, jakby nigdy ich nie było.
Domysły na temat Chorążego Kunysza
Wzmiankują o nim różni autorzy, ale w bazie powstańczych biogramów czy grupach dyskusyjnych można znaleźć skróty życiorysów Siergieja Kononkowa czy Stanisława Łatyszonka, a jego samego znaleźć trudniej. Nie, to źle powiedziane. Nie ma go. Może gdzieś jest, ale ślady się pozacierały. Nie ma zdjęcia ani żadnych informacji. Kiedy trafiłem na odłamek jego historii w relacjach o walkach na Przyczółku Czerniakowskim i ich licznych przetworzeniach, było tylko nazwisko i to, co zrobił, wyznaczając koniec swojego życia. Nazwisko jak nazwisko, stopień nie za wysoki, tylko historia z nim związana nie dawała mi spokoju. Kim był Chorąży Kunysz, że nie ma po nim śladu, ulicy, skweru, tablicy, śladu w Internecie? „Nic się nie kończy prostym tak lub nie i nie na darmo giną wojownicy” — jak mawia poeta.
Co z tego zatem, że jest 18 października, a Czerniaków upadł niemal miesiąc temu? Chorąży Kunysz nie mógł dla mnie zostać bohaterem jednego zdania w monografii, powtarzanego potem na stronach internetowych. Szukałem.
Wreszcie znalazłem z pomocą dobrych ludzi w internetowych bibliografiach książkę i kupiłem ją za 1,99 PLN plus koszty przesyłki, a jakże. Książka Jerzego Rydłowskiego, o którym to autorze nic nie wiem, wydana w roku 1971, chyba tylko raz — dwutomowe dziełko pod tytułem Żołnierze lat wojny i okupacji z paginą u góry Poczet chwały oręża polskiego. Książka dosyć paskudna w wymowie, chociaż rozumiem, jako urodzony w roku 1974, że może wiele więcej nie dało się zrobić. Chociaż to był czas, kiedy sporo dało się napisać, wydać, mimo interwencji cenzorskich, jeżeli się chciało. Z tych lat jest sporo wartościowych publikacji, które da się czytać bez zażenowania. Tymczasem tutaj nawet gdy autor pisze biogram Eugeniusza Lokajskiego, który zajmuje w książce cztery strony, tylko raz przechodzi mu przez gardło nazwa „Armia Krajowa”. W wielu innych miejscach, kiedy mowa o wydarzeniach z Powstania — a pisze nazwę wydarzenia z małych liter — autor wyraźnie stara się budować zdania tak, żeby nie nazywać ludzi, spraw po imieniu i pisze ogólnie powstańcach, a jeżeli jakieś organizacje tam wymienia, to głównie AL, wiadomo. Ponadto są w tej książce różni bohaterowie, nie mnie sądzić autentyczność ich heroizmu, może powinni tam być. Ale nie ma wielu z tych, którzy na pewno powinni być, a nawet w 1971 roku byli dosyć bezpieczni. Trudno zatem mi nie przeczuwać, że Jerzy Rydłowski chciał z jakichś względów, może z gorliwości, żeby książka była bardziej prawowiernie ludowa, socjalistyczna i radziecka niż tego wymagały standardy epoki. I nie istnieją w tej publikacji praktycznie żołnierze Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Nie ma na przykład marynarzy, o których już wówczas pisał Jerzy Pertek, Edmund Kosiarz, Władysław Dyskant i których malował Adam Werka, bo było wolno. Ale nie ma tych z „Garlanda”, „Groma”213, „Orkana”214, „Orła”215, „Jastrzębia”216, „Dzika”217 „Sokoła”218. Nie ma lotników, chociażby Skalskiego219, Urbanowicza220, Zumbacha221, Henneberga222, Króla223. Nie ma, o ile mnie wzrok nie myli, nikogo spod Monte Cassino, chociażby majora Stańczyka224, z jego słynnym „mot de Cambronne” spod San Angelo. Nie ma Podhalańczyków225, Karpatczyków226, z 1939 jest gen. Kustroń227, ale nikogo więcej, no nie ma chociażby gen. Bołtucia, który też zginął idąc na bagnety pod Łomiankami, nie ma gen. Włada228, nie ma Raginisa229. Nie ma i nie ma. Inne czasy, grało się wówczas na innych klawiszach w tym fortepianie. Tak jakby dało się grać tylko czarnymi albo tylko białymi. No cóż. To nie recenzja. Nie kupiłem przecież książki za 1,99 plus koszty wysyłki, żeby szukać informacji o tych, o których i tak wiem dużo, ale o tych, o których nie wiem nic. Bo teraz są inne czasy i wszyscy teraz chcą znowu tylko jednym typem klawiszy. Wtedy były czarne? No to teraz pominiemy czarne i będziemy grali tylko białymi. A Chorąży Kunysz był użyteczny w tamtej klawiaturze. Teraz jest kłopotem. Nie pasuje.