Na stronie 290 dziełka Rydłowskiego pojawia Chorąży Borys Kunysz, urodzony w roku 1915 we wsi Wolica Tatarska koło Kamieńca Podolskiego, w rodzinie chłopskiej, ukraińskiej, zapewne — tego Rydłowski nie pisze — prawosławnej albo greckokatolickiej. Dalej mowa jest o tym, że powołany do wojska ukończył w 1937 roku szkołę podoficerską. Zdaje się, że nie polską, bo wieś Wolica Tatarska leżała za Zbruczem, na terytorium ZSRR. Chociaż nazwisko ma takie jak mój kolega z podstawówki — niewątpliwie Polak. Powołany do Armii Czerwonej, przeżył w rozpoznaniu artyleryjskim od czerwca 1941 do marca 1944. To nie było proste przeżyć tyle w rozpoznaniu. W Armii Czerwonej rozpoznanie najczęściej polegało na rozpoznaniu walką, co oznaczało, że posyłało się żołnierzy na nierozpoznaną pozycję wroga do ataku, a sztab stał w ukryciu i patrzył, skąd idą przygotowane ognie, żeby je zdławić, jak już ruszy to prawdziwe natarcie. Przeżywalność w jednostkach rozpoznania nie sięgała roku. Jeżeli ktoś przetrwał w służbie frontowej trzy lata, to dlatego, że był wyjątkowo dobrym, sprawnym żołnierzem. To się nie działo przypadkiem. Tak mówił Pan Bolesław, który w rozpoznaniu w Armii Czerwonej przeżył trzy lata. Pan Bolesław nigdy mi tego nie powiedział, bo byłem za młody i nie wiem, czy komukolwiek to powiedział wprost — ale przydział do jednostki rozpoznania bywał uważany za wyrok śmierci przez rozstrzelanie, tyle że rozstrzelanie przez wroga.
Chorąży Borys Kunysz został awansowany do stopnia młodszego lejtnanta, czyli po naszemu podporucznika, odznaczony za zasługi Orderem Czerwonego Sztandaru. W marcu 1944 roku został skierowany do uzupełnienia kadrowego 1 Korpusu Polskich Sił Zbrojnych w ZSRR („Ruszaj, Pierwszy Korpus nasz, spoza gór i rzek, na zachód marsz!”). Już Armia Andersa miała kłopot z wypełnieniem etatów oficerskich. Nie było oficerów, bo 22 tysiące zostały wymordowane przez Sowietów, m.in. z Katyniu. Może dlatego chorąży w wieku 29 lat zostaje wyznaczony na oficera rozpoznawczego w 3 pułku artylerii lekkiej w 3 Dywizji Piechoty im. Romualda Traugutta.
W nocy z 16 na 17 września 1944 roku, jak podaje Rydłowski, mając pod komendą kilku ludzi i dwie radiostacje, przeprawia się przez Wisłę, żeby zorganizować stanowisko obserwacyjne. Bez łączności i obserwatorów nawet najsilniejsza artyleria jest bezradna, nie wie gdzie strzelać, a kiedy strzela, to nie wie, jakie są efekty ostrzału i nie wie jak wyliczyć poprawki. Jest jak niewidomy bokser. Tymi oczami i unerwieniem miały być dwie radiostacje chorążego Kunysza i jego kilku ludzi. Na allegro do dzisiaj można kupić sobie taką radiostację, jakiej prawdopodobnie używał Kunysz — RBM, najczęściej używana w tamtych czasach na wszystkich szczeblach powyżej batalionu. Nie sądzę, by patrolowi artyleryjskiemu, który miał działać w nieznanych warunkach, a miał znaczenie operacyjne — dano mniejszą lub dużo większą radiostację. RBM wydawała się idealna do takich celów, zasilana łatwo wymiennymi akumulatorami. Z anteną prętową miała zasięg do kilku kilometrów. Radiostacje były dwie, jakby jedną szlag trafił. Ludzi do obsługi było kilku. Powinno wystarczyć.
Na niewielkim terytorialnie przyczółku chorąży Kunysz ze swoim patrolem urządza się na strychu domu przy ul. Zagórnej 6, róg Idźkowskiego, w zasadzie na pierwszej linii frontu. Świadkowie mówili, że urządził się tam wygodnie: miał prymus, czajnik i filiżanki do herbaty, w pozornie litych ścianach wykonał sobie szczeliny obserwacyjne. Żeby się zabezpieczyć przed odłamkami i ogniem broni maszynowej — ułożył sobie wokół worki z cukrem, być może z magazynów „Społem” opodal. Był skuteczny. Artyleria pułkowa, głównie trzy baterie haubic 122 mm, przez te dwa-trzy dni układa bardzo celne, precyzyjne zapory ogniowe w rejonie Zagórnej, Idźkowskiego, Solca. Niemcy szybko się zorientowali, że gdzieś tam musi być obserwator artyleryjski. Ciosy tego boksera, nie najsilniejszego przecież, mówimy o pułku, a w praktyce — o dywizjonie artylerii lekkiej, wyprowadzane były zbyt boleśnie, w punkt. Próbowali ostrzeliwać dachy domów przy Zagórnej, w tym dom pod numerem 6, ale Chorąży Kunysz nie schodził do piwnic ani na moment i ciągle pomagał bokserowi wagi lekkiej wyprowadzać kolejne bolesne ciosy. Ciągle patrzył, korygował, podawał współrzędne, znowu patrzył, jak się układają kolejne trafienia, i znowu. Bez snu, bez odpoczynku.
20 września rano Niemcy zajęli parter domu, w którym znajdował się punkt chorążego Borysa Kunysza. Podobno z drugiej strony podpalili dom, albo szykowali się do tego (te relacje pochodzą z innych publikacji, nie są spójne). Budynku już nie miał za bardzo kto bronić. „Radosław” z resztkami Kedywu w nocy z 19 na 20 września odszedł kanałami na Mokotów, resztki berlingowców, zgrupowania „Kryski”, „Zośki” i „Parasola”, skupiały się bliżej rzeki w oczekiwaniu na ewakuację. Chorąży Kunysz był niewątpliwie doświadczonym żołnierzem, bo przeżył trzy lata wojny. Umiał trzeźwo ocenić sytuację. Zniszczył książki kodowe, notatki. Ostatni meldunek przez radio do kolegów z pułku podobno brzmiał:
„Bijcie we mnie! W domu gdzie jestem są Niemcy! Są piętro niżej, ognia, ognia koledzy!”
Wraz z nim zginęli dwaj radiotelegrafiści — kapral Rentz i kanonier Sekurecki — i nieznana liczba Niemców na niższych kondygnacjach budynku.
Nie wiem, jak wyglądał, publikacja MON z 1971 roku nie przynosi jego portretu. Nie wiem, czy się czuł bardziej Polakiem, Ukraińcem, Rosjaninem, może „człowiekiem radzieckim”. Nie wiadomo nawet, jakim językiem posługiwał się w korespondencji radiowej. Zginął walcząc w Powstaniu Warszawskim. Nie ma żadnej ulicy jego imienia, nie wiem, czy jest na Zagórnej jakaś tablica (powinna być). A pewnie jakby była, to w ramach ustawy dekomunizacyjnej zostałaby zdjęta, a ulica przemianowana. Ot, kolejny obrót dziejów, kolejne wymazywanie bohaterów, żołnierzy. Znowu ktoś chce zagrać połową klawiatury tamten koncert, tamtą etiudę. A tak się nie da. Zawsze zabrzmi fałszywie.
[Chorąży Borys Kunysz — 1915–1944]