Sennik wypędzonych
Mieszkałem wiele lat w Brzegu nad Odrą, ale już tam nie mieszkam. Miasto jednak stoi, bywam w nim przynajmniej raz w tygodniu na kilka godzin w swoich żywotnych interesach, dla równowagi psychicznej, patrzę na domy, stare drzewa, Ratusz, Zamek, przekonuję się, że wszystko nadal trwa i jest gdzie wrócić. Wyprowadziłem się z miasta z własnej woli. Nikt nade mną nie stał, nawet specjalnie nie poganiał. Miałem okazję obrócić kilka razy, przejrzeć każdy szpargał, każdy drobiazg. To nie przypominało ucieczki. Miałem czas przenieść cały swój ruchomy dobytek na ciężarówkę, która przewiozła go na nowe miejsce. I pomimo tego, że od z górą siedmiu lat nie mieszkam w Brzegu, to ile razy śni mi się dom, i we śnie wiem, że jest to dom, figura, prototyp domu — zawsze jest to piętro poniemieckiej willi przy ulicy Cichej 2 dawniej Lobberstrasse, w Brzegu, dawniej Brieg.
Być może podobnie ten dom, te schody, drzwi, poręcze śnią się jako pra-dom starszemu panu, mieszkającemu gdzieś w Niemczech, który był u nas kilka razy na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Pewnego dnia najpierw przyszedł Polak i powiedział, że jest z nim stary człowiek i że chciałby obejrzeć dom, który budował razem z ojcem, Johannem latem 1926 roku. Mieszkał w nim krócej niż my, tylko trzynaście lat, do lata 1939 roku, kiedy został powołany do służby w Kriegsmarine, po której nie wrócił już do rodzinnego miasta. Pytał, czy nikt z obecnych nie ma nic przeciwko takim odwiedzinom. Nikt nie miał nic przeciwko. Starszy pan poszedł do kuchni, dotykał starych drzwi pokrytych jedenastą albo dwunastą warstwą farby olejnej. Rozglądał się po ścianach, wyjrzał przez okno na ogród. Potem przeprosił i zapytał, czy mógłby pobyć chwilę sam w pokoju środkowym, z oknem, za którym kwitła właśnie grusza oraz jabłoń. To był wtedy mój pokój, trzynastoletniego, może czternastoletniego chłopca, ale powiedziałem, że proszę, proszę bardzo. Kiedy wyszedł po jakichś dziesięciu minutach — zapytał, czy nie zostało coś ze starego wyposażenia domu, więc oddaliśmy mu kilka porcelitowych słoików z napisami w obcym języku, młynek do kawy odkręcony z framugi drzwi spiżarni, klucze od drzwi, które zostały już wymienione, stary album zdjęć Alp niemieckich. Jeden słoik z napisem „Amon-karbon” zostawił i wiele lat później wziąłem go ze sobą i ja na drogę do nowego domu, razem z jednym wygiętym kluczem od spiżarni ze starego domu.
Babcia Sabina uczyła, że klucz zawsze trzeba ze sobą zabrać. Klucz jest po to, żeby mieć czym otworzyć drzwi do starego domu, jeżeli się wróci z poniewierki, albo nowego domu, jeżeli stary już nie będzie stał.
Kiedy Warszawiacy opuszczali Warszawę, nie było już wojska, które wyrosło spomiędzy nich, nie było już wielu domów, a te, które zostały, były wypalone, pozbawione szyb, ścian, dachów, sprzętów, obnażone. Wśród kilkudziesięciu obozów przejściowych, przez które przeszli cywile z Warszawy, najbardziej ponurą sławą cieszył się tzw. Dulag 121 w Pruszkowie, przez który przewinęła się większość wysiedlanych cywilów. Obóz mieścił się na terenie zakładów naprawy taboru kolejowego, składało się na niego dziewięć hal, z których każda mogła teoretycznie pomieścić około dwóch do trzech tysięcy osób. Czas przebywania w obozie wahał się od kilkunastu godzin do kilkunastu dni, a stłoczonych bywało tam 70 i więcej tysięcy ludzi. Szczególne zagęszczenie nastąpiło w obozie po upadku Starówki w pierwszych dniach września 1944 i miesiąc później, kiedy ostatecznie skapitulowało Śródmieście.
Komendantem obozu z ramienia niemieckich sił zbrojnych był pułkownik Kurt Sieber, z tzw. starej pruskiej szkoły, „dobry Niemiec”. Jednym z pierwszych zarządzeń, jakie wydał swojej stuosobowej załodze strzegącej obozu, był całkowity zakaz strzelania na terenie obozu. Jednak o losach ludzi decydował jego zastępca z SS — Sturmbahnfuhrer Gustaw Diehl i jego podwładni rezydujący w tzw. „zielonym wagonie”, obok którego stały dwa wagony towarowe pełniące funkcję aresztu. To oni decydowali o losach wypędzonych, dzielili i rządzili, rozdzielali rodziny, łaskawie zezwalali lub odmawiali zezwolenia. W tej działalności oficerów SS wspierało kilkunastu funkcjonariuszy Arbeitsamtu z Pruszkowa, którzy lubowali się w rozdzielaniu rodzin, odbieraniu wypędzonym resztek dobytku, odbieraniu samotnym osobom ich często jedynych towarzyszy niedoli — psów, kotów, kanarków. W obozie pracowali też niemieccy lekarze, m.in. dr. Koenig, który miał podkreślać w rozmowach z polskim personelem medycznym, żeby pamiętać, że „jestem też lekarzem”, a który przymykał oko na wypisywanie przez polski personel mniej lub bardziej naciąganych zaświadczeń o niezdolności do pracy i zwolnień z obozu.
W związku z fatalnymi warunkami Niemcy dopuszczali do Pruszkowa polski personel medyczny i pomocniczy, w tym nie mniej niż około 100 pielęgniarek i 122 siostry zakonne. Liczbę personelu pomocniczego zatrudnionego w Dulagu 121 oblicza się na około 500 osób. W zasadzie bez tego personelu Niemcy nie byliby w stanie zapanować nad obozem, z kolei polski personel pomocniczy wykorzystywał swoją autonomiczną pozycję do niesienia pomocy rodakom, zdobywając cichych sojuszników nie tylko wśród lekarzy, ale i załogi obozu, szczególnie tej wystawianej przez Wehrmacht. Wszelkiego typu działania ułatwiał też fakt, że przepustki służbowe były pozbawione zdjęć, a dokumentem ze zdjęciem, na podstawie którego stwierdzano tożsamość, była kenkarta. Jak potwierdzają wspomnienia i zeznania świadków, tylko wchodząc na teren hal pod szczególnym nadzorem — czyli numer VI, VII i VIII, tam gdzie trzymano ludzi podejrzanych o udział w Powstaniu lub po prostu jeńców wojennych, np. z Mokotowa — porównywano przepustkę z kenkartą. W pozostałych przypadkach nie robiono tego, co pozwalało wyprowadzać z obozu bezkarnie duże ilości ludzi.
Danuta Sławińska230, pielęgniarka i tłumaczka obozowa, opisuje we wspomnieniach, których fragmenty można znaleźć na stronie Muzeum Dulag 121, różne metody, jakimi polski personel medyczny wyciągał więźniów z list wywózki do Niemiec:
„Drugi sposób nie nastręcza żadnych trudności w trakcie zapisywania — jest zupełnie bezpieczny. Służy do wyprowadzania w pole tych z zielonego wagonu. Ponieważ najczęściej skreślają z podpisanej przez niemieckiego lekarza listy młodych mężczyzn, poznając po końcówkach imion i nazwisk płeć delikwenta, zmienia się te końcówki. Zamiast wpisywać wyraźnie męskie, pisze się niezbyt czytelnie (pośpiech usprawiedliwia bazgranie) i daje przy nazwiskach żeńskie końcówki. Marian Laskowski staje się Marią Laskowską, która mając lat czterdzieści parę, choruje na nerki, serce, ischias i kamienie żółciowe, więc nie interesuje panów z Arbeitseinsatzu”.
Swoje wspomnienia z Dulagu 121 Danuta Sławińska zatytułowała „Kiedy kłamstwo było cnotą”.