Ocena szacunkowa liczby osób, które przeszły przez Dulag 121 w Pruszkowie, jest utrudniona dlatego, że nie prowadzono ewidencji więźniów, poprzestając tylko na ewidencji liczbowej dla potrzeb transportu. Z drugiej strony to właśnie ułatwiało w sposób kapitalny wyprowadzanie, przemycanie na szeroką skalę ludzi poza teren obozu. Przy dużej rotacji osadzonych personel strażniczy nie potrafił identyfikować więźniów, bo nie zdążyli się mu zwyczajnie „opatrzyć”, jednych zastępowali następni i następni.
W związku z charakterem obozu w początkowym okresie nie prowadzono też ewidencji zgonów, a w późniejszym okresie była ona prowadzona wyrywkowo. Wiadomo, że jeden z kapelanów w obozie wystawił 43 akty zgonu, wiadomo, że po wojnie na terenie obozu ekshumowano 82 ciała młodych mężczyzn nieznanych z imienia i nazwiska oraz około 50 ciał kobiet i dzieci. Są to jednak dane niepełne. Wiadomo, że zdarzały się przypadki zastrzelenia ludzi w czasie prób ucieczki. Ludzie umierali też z zimna, chorób, fatalnych warunków sanitarnych, niedożywienia. Te słowa wymienia się jednym tchem, ale warto się nad nimi zatrzymać chwilę, bo może powstać mylne wrażenie, że po piekle Warszawy Pruszków i wywózka oferowały coś znacząco lepszego. Pruszków był nazywany kolejnym stopniem piekła dla cywilów. I był nim. Brakowało żywności, opieka zdrowotna była szczątkowa, nie było sanitariatów, w związku z tym potrzeby fizjologiczne załatwiało się na halach, najczęściej do kanałów inspekcyjnych. Hale były nieogrzewane — a obóz działał od sierpnia do listopada i dłużej, zatem w halach temperatura była podobna do tej na zewnątrz. Na podstawie zeznań liczbę osób, które zmarły, zginęły, zostały zabite w Pruszkowie oblicza się na kilka tysięcy. Tylko że Pruszków był pierwszym etapem poniewierki, która często zamieniała się w gehennę.
Różne są wyliczenia, ale najczęściej przyjmuje się, że przez Pruszków przeszło około od 400 do 650 tysięcy mieszkańców Warszawy. Z tego około 50 do 60 tysięcy podejrzanych o udział w walkach lub podziemiu — głównie młodych mężczyzn i kobiety — rozesłano do obozów koncentracyjnych na terenie III Rzeszy, w tym — do KL Auschwitz (12 863 osoby), KL Mauthausen (4689 mężczyzn i nieznana liczba kobiet) oraz KL Stutthof (4432 osoby). Liczne transporty z Pruszkowa trafiły ponadto do KL Ravensbrück (około 12 tys. osób), KL Buchenwald (około 4560 osób), KL Dachau (około 3040 osób), KL Gross-Rosen (około 3 tys. osób), KL Sachsenhausen (około 3 tys. osób) i KL Flossenbürg (około 2, 5 tys. osób) oraz nieznana ilość do KL Bergen-Belsen, KL Mittelbau-Dora, KL Natzweiler i KL Neuengamme. Pierwszy transport do KL Auschwitz z Pruszkowa dotarł do obozu 11 i 12 sierpnia i obejmował 1984 mężczyzn i chłopców (numery 190912–192895) oraz 3839 kobiet i dziewczynek (numery 83085–86923). Wyzwolenia w Auschwitz 27 stycznia 1945 roku doczekało 35 mężczyzn i 41 chłopców oraz 74 kobiety i 59 dziewczynek — razem 209 z 5823 osób.
Około 100 do 150 tysięcy osób zdrowych, młodych lub w sile wieku wysłano na roboty do Niemiec. Około 100 tysięcy różnymi metodami udało się polskiemu personelowi medycznemu wyprowadzić na zewnątrz obozu. Reszta, czyli około 350 tysięcy osób uznanych za niezdolne do pracy — była rozśrodkowana, wywieziona w różne części Generalnego Gubernatorstwa. Zdarzało się, że ludzi kierowano w większej ilości w jedno miejsce — między innymi około 37 tysięcy osób wywieziono do Krakowa, jednak Niemcy nie kierowali się żadnymi względami humanitarnymi, a jedynie logistycznymi: przerzucali ludzi tam, gdzie potrzebowali w dalszej kolejności odpowiednio dużo pustych wagonów.
Trudno jednoznacznie określić, kiedy Dulag przestał działać. Oficjalne zamknięcie nastąpiło 5 listopada 1944 roku i od tego czasu obóz stopniowo likwidowano, ograniczając jego działalność. Jednak jeszcze 15 listopada 1944 roku zwieziono do obozu około 400 osób wyłapanych w ruinach Warszawy, tzw. robinsonów, tych spośród nich, którzy nie byli Żydami. Bo Żydów zabijano na miejscu. W formie szczątkowej obóz działał do stycznia 1945 roku. Przebywało tu między innymi 400 mężczyzn ze specjalnego Arbeitskomando wożonych do Warszawy w celu pomocy Niemcom w rabunku ocalałych domów, wynajdywanych skrytek i piwnic. W obozie także składowano w barakach zrabowane rzeczy, sortowano je i przygotowywano do wywozu z terytorium Generalnego Gubernatorstwa. Podobną pracę, chociaż nie w ramach arbeitskomando z Pruszkowa, wykonywał 16‑letni wówczas Zbigniew Książczak, który tak to opisał (za D. Libionka, B. Engelking „Żydzi w powstańczej Warszawie” s. 259):
„Już chyba na zawsze nazwy niektórych ulic Warszawy będą mi kojarzyć się z różnymi przedmiotami. I tak ulica Nowogrodzka zapisała się w mojej pamięci bielizną pościelową, Żurawia — butami, Hoża — kołdrami i dywanami, Emilii Plater — wyrobami skórzanymi, futrami — ileż ich było. Wspólna — maszynami do szycia, kryształami i porcelaną. Ulica Noakowskiego natomiast na zawsze kojarzyć mi się będzie z martyrologią polskiej książki. Wtedy to, chyba pod numerem 10, po raz trzeci w tym okresie płakałem na stercie podeptanych, poniszczonych, wyrzuconych z szaf książek”.
Wywiezieni z Pruszkowa Warszawiacy, kiedy tylko mogli, uciekali z miejsc wygnania. Nie z powodu wielkiego patriotyzmu czy oporu wobec okupanta, ale zwyczajnie, chcieli być blisko domu, kiedy front ruszy i będzie można wrócić. To nie dotyczyło oczywiście tych wywiezionych na roboty do Niemiec czy do obozów koncentracyjnych i karnych obozów pracy, czyli około 200 tysięcy z nich. Najpierw, jak na każdej wojnie — ruszali młodzi, sprawni mężczyźni, kobiety i dzieci zostawały na miejscu. Ściągali przez całą zimę z powrotem do miejscowości wokół Warszawy, w tym do Milanówka, który stał się rodzajem nieformalnej stolicy dogorywającego Państwa Podziemnego. Będą wracać do rumowiska gruzów, z przyzwyczajenia nazywanego miastem, w styczniu, w lutym 1945 roku. Nie wiem, co im będzie się śniło, ale o ile mój dawny dom i dom tego Niemca, który nas odwiedzał wiele lat po wojnie, nadal stoi, o tyle większość domów, które śniły się Warszawiakom, tamtej jesieni już nie będzie istniała.
Powstaniec z kotkiem — repryza
Większa część tych notatek powstawała na Facebooku. Początkowo nie miałem zamiaru pisać aż tyle. Ale okazało się, że dla wielu ludzi to jest ważne. I ważne jest trwanie. Wspólnota wokół trwania. Dopowiadanie czegoś od siebie. Podziemny ruch plików, notatek, wspomnień zachowanych w rodzinie, zdjęć. Wiele z tego już nie ma, było ulotne, pojawiło się i minęło. Zostało poczucie — bardzo krzepiące — że coś, co miałem za swoją ułomność, dziwactwo — nie jest dziwactwem, że jest dzielone przez innych i to innych w sposób bardzo widoczny. Bo tak zwane media społecznościowe sprawiają, że wie się o sobie nawzajem dużo więcej niż jest potrzebne do życia, dużo więcej niż wypada. Zatem wielu i wiele innych pisało, dawało znaki, że tak, że to powinno trwać, że to powinno być pisane jeszcze raz, że dobrze, że pisane jest w taki właśnie sposób. Nie zachowałem tych wszystkich słów, znaków, zdań. Ale jedna historia została ze mną i warta jest przytoczenia. Kiedy napisałem o zdjęciu Eugeniusza Lokajskiego z małym, czarnym kotkiem na rękach, odezwały się dwie osoby — jedna stara, dobra znajoma i ktoś zupełnie nieznany. Ania napisała, że kiedy siostra jechała do Irlandii za lepszym życiem, to wśród zdjęć rodzinnych dostała oprawione w ramkę właśnie to zdjęcie, Powstańca z kotkiem i powiesiła je na ścianie, zaraz obok taty, mamy, rodzeństwa, jak kogoś bliskiego, kogo zostawiła w kraju. A zaraz potem Pan Bartłomiej wysłał mi zdjęcie swojego biurka do pracy, gdzie jak zdjęcie kogoś bliskiego, znanego osobiście, stał także oprawiony w ramkę Powstaniec z kotkiem. Teraz patrzę znowu na ścianę przed moim biurkiem — bo tak mam umieszczone biurko do pracy — nie patrzę za okno gdzieś w dal, czy chociażby sąsiadowi w jego okna, ale patrzę na ścianę i na niej wśród innych — jest i on. Ta koincydencja to przecież tylko zbieg okoliczności, drobiazg, szczegół. Ale w skromnej opinii narratora nie jest to tylko przypadek. To szczegół, owszem, ale znaczący.