Mam niejasne przeczucie, że tego, co mogła czuć, leżąc wśród słoneczników, o czym mogła myśleć, pomału tracąc przytomność — nie będzie umiała zrekonstruować żadna grupa rekonstrukcji historycznej.

Zgrupowanie „Jeleń” nie walczyło już po godzinie „W” jako całość. Poszczególne plutony działały w ramach innych zgrupowań, m.in. przeszły do Kampinosu i przeszły szlak bojowy aż do fatalnej bitwy pod Jaktorowem. Straty zgrupowania między 1 sierpnia a 29 września 1944 roku przy stanie wyjściowym 233 ludzi wyniosły 125 zabitych i 98 rannych — 223 ludzi, czyli 96%.

Pomnik Syreny na Powiślu nie został w czasie wojny rozebrany ani zniszczony. Po wojnie jedynie załatano około 30 przestrzelin. Dzisiaj stoi w tym samym miejscu, gdzie został odsłonięty w sierpniu 1939 roku.


Jedyna zapłata

Być może jedynym rodzajem życia wiecznego, a na pewno jedynym dostępnym w codziennym doświadczeniu, jest pamięć. A pamięć jest pracą, ciągłą, nieustającą pracą bez żadnej zapłaty. Jedyną zapłatą może być pamięć innych. To tam oni wszyscy są, tam mają twarze, są jeszcze młodzi, są jeszcze nietknięci, jeszcze nic nie wiedzą. Tak ich nosiłem — natchniony przykładem Franka Kośca — 1 sierpnia w różne miejsca. Przystawałem o godzinie 17:00, pamiętając, że tego dnia w Warszawie strzały rozlegały się też wcześniej, bo koncentrację kilkudziesięciu tysięcy chłopców i dziewcząt nie zawsze dawało się ukryć. Szukałem dobrych słów do tej corocznej liturgii, moich prywatnych guseł. Próbowałem co rok pamiętać więcej, lepiej, dokładniej, być z nimi w ten dzień i kolejne dni, do końca.

Któregoś roku było pochmurno, wysiadłem na przystanku w Sopotni Wielkiej u stóp masywu Pilska i ruszyłem w mżawce, przeradzającej się z czasem w niezbyt ulewny deszcz, zielonym szlakiem na Halę Górową. Chciałem następnego dnia zrobić cały szlak od Górowej przez Pilsko, Jaworzynę, Głuchaczki, Mędralową do Babiej Góry i zanocować na Markowych Szczawinach. Przewodnikowo około ośmiu godzin, może dziewięciu, ale z licznymi podejściami i zejściami, które jak wiadomo bardziej wyczerpują niż jedno solidne wejście i zejście. Chciałem dojść do Polany Górowej na tyle wcześnie, żeby się najeść, wypocząć i wyspać. Wyliczyłem, że koło siedemnastej powinienem być w okolicach bacówki. Myliłem się. Od zeszłego roku szalał tutaj wiatr, połamał wiele drzew, utworzyły się spore wiatrołomy, w lesie pracowały maszyny, ludzie i konie, zwożąc pocięte pnie drzew, żłobiąc wokół ścieżki głębokie koleiny pełne śliskiego błota, płatów kory, wiórów drewna. Szło się jakoś niedobrze, chociaż z intencją, jak przykazał Franek, ale ciężko, mozolniej niż zimą czy jesienią. Gdzieś w jednej trzeciej drogi spotkałem konia i człowieka w kłębach pary z wydychanego powietrza, zatem musiało być też chłodno. Tak to pamiętam.

Za strumieniem na kolejnym zboczu zawalonym wiatrołomem, przez który była już przebita droga, w końcu stanąłem. Chwilowo nie padało. Oparłem plecak na pniaku, który musiał być starszy niż większość tutaj. Był siwy tak, że sprawiał wrażenie suchego. Wygrzebałem zawiniątko z suchą bułką, kawałkiem kiełbasy z jednej kieszeni plecaka, butelkę z wodą z drugiej, a z klapy nieśmiertelny wafel „Teatralny”. Usiadłem na plecaku, w którym wszystko miałem popakowane w worki foliowe, wedle znanej mądrości turysty, że nie ma rzeczy nieprzemakalnych, są tylko mniej lub bardziej przemakalne. Było cicho. Nawet wiatr nie wiał. Może szmer wilgoci spływającej z potrzaskanych pni, wsiąkającej w ziemię. Bardziej wyobrażony szmer niż rzeczywisty. Jadłem, piłem, patrzyłem. Nic mnie nie rozpraszało. Po chwili wygrzebałem z komory plecaka kolejne zawiniątko w worku foliowym — książka na drogę, nie pamiętam jaka, zeszyt do zapisków, wówczas jeszcze mających formę dziennika, pamiętnika i wiersze wybrane Anny Świrszczyńskiej.

Zacząłem czytać na głos zbiór Budowałam barykadę, punktualnie o piątej, pamiętając, że to tylko jedna z wielu godzin, o której można było to zrobić. Nikt mnie nie słyszał. A jednak głos mi się łamał, jakby oni wszyscy tam wtedy byli obok. Wiatrołom wokół żył, chociaż wydawało się to życie skarlałe. Wielkie pomrowy znaczyły ślady na liściach łopianu, mech porastał powalone drzewa, nadal piękne. Piętrzyły się wokół grube pnie, lepsze, szlachetniejsze od najlepszych samosiejek, które wyrastały nieśmiało spomiędzy rumowiska. Czytałem Świrszczyńską wers po wersie, wiersz po wierszu i płakałem, tak jak teraz, kiedy piszę te słowa. I tak jak teraz — nikt tego nie widział. Ale przecież miało to miejsce.

Chmury szły coraz wyżej, co jakiś czas przebijało zza nich blade słońce, a ja czytałem na głos ślimakom, wszelkiej drobinie leśnej. Zatrzymywałem się, łapałem oddech i znowu czytałem. Chciałem, żeby ta chwila trwała bez końca, chociaż przecież na Górową warto byłoby zajść za dnia, rozbić namiot, rozpalić ognisko, spojrzeć gwiazdy. Chociażby dlatego, że oni — już nie mogą.