że stąpasz wokół, jak dziecko bez drżenia

przed miejscem, w którym ukrzywdzić je mogą —

lecz nie: ty prosisz. To mnie tak przerzyna

po same kości i szarpie, jak piła.

Ten wyrzut, który skrywałabyś, widmo,

zapamiętała mi, kiedy się nocą

w płuca me cofam, w trzewia, w tę ostatnią

nędzną komorę tego serca mego,

ten wyrzut nie byłby aż tak okrutny,

jak to chodzenie po prośbie. Cóż prosisz?