— On ma wielką gorączkę — posłyszałem, jak mówiła maman nieśmiało, a ojciec sięgnął po moją dłoń i liczył puls. Miał mundur Wielkiego Łowczego z piękną, szeroką, wodnistobłękitną wstęgą Słonia.
— Cóż za głupstwo, żeby nas sprowadzać — rzekł w głąb pokoju, nie patrząc na mnie.
Przyrzekli wrócić, gdyby nie było nic groźnego. A przecież groźnego nic nie było. A na kołdrze znalazłem karnecik maminy i białe kamelie, których nigdy jeszcze nie widziałem — i położyłem je sobie na oczach, skoro zauważyłem, jakie są chłodne.
Ale długie naprawdę były popołudnia w takich chorobach. Nad ranem po złej nocy zawsze się zasypiało — a skoro po przebudzeniu sądziło się, że to znów ranek, wtedy było popołudnie i trwało popołudnie, i nie przestawało popołudniem być. Tak się więc leżało w zasłanym łóżku i rosło się może troszeczkę w przegubach, i było się zbyt zmęczonym, aby wyobrazić sobie cośkolwiek. Smak jabłecznego kompotu trwał długo — a to już wiele było, jeśli się go mimowolnie jakoś tłumaczyło i czystemu kwaskowi pozwalało w sobie krążyć zamiast myślom. Później, gdy powracały siły, za plecami układano stosy poduszek — i wolno było siadać i bawić się żołnierzami. Ale oni tak łatwo przewracali się na pochyłej desce i to zawsze cały rząd od razu; a przecież jeszcze się tak niezupełnie było w samym życiu, żeby zaczynać wciąż od nowa. Nagle miało się dosyć — i prosiło się o zabranie wszystkiego jak najprędzej — i tak błogo było widzieć znów tylko te dwie ręce, trochę dalej na pustej kołderce.
Gdy maman czasem przychodziła na pół godziny i czytała bajki (do porządnego, długiego czytania była pani Sieversen), to nie robiła tego gwoli bajek. Zgadzaliśmy się bowiem co do tego, że bajek nie lubimy. Inne mieliśmy pojęcie o cudowności. Uważaliśmy, że jeśli wszystko dzieje się najnaturalniej, to właśnie to jest zawsze najcudowniejsze. Nie zależało nam bardzo na tym, by fruwać w powietrzu, wróżki rozczarowywały nas, a po przemianach w coś innego oczekiwaliśmy bardzo powierzchownych tylko urozmaiceń. Ale czytało się jednak trochę, aby wyglądało na to, że jesteśmy zajęci. Niemiłe to było, kiedy ktoś wchodził i trzeba było mu tłumaczyć, co w danej chwili robimy; przede wszystkim wobec ojca byliśmy przesadnie skrupulatni.
Wtedy jeno, gdy zupełnie byliśmy pewni, że nikt nam nie przeszkodzi, a na dworze zmierzchało — mogło się zdarzyć, że oddawaliśmy się wspomnieniom, wspólnym wspomnieniom, co nam obojgu wydawały się stare i nad którymi uśmiechaliśmy się; od tych czasów bowiem wydorośleliśmy oboje.
Przypomniało się nam, że był czas, kiedy maman pragnęła, abym ja był małą dziewczynką, a nie chłopcem, jakim byłem od początku. Jakoś to odgadłem i wpadałem czasem na pomysł zastukania po południu do drzwi maminych.
A kiedy pytała, kto tam, uradowany wołałem za drzwiami:
— Zosia!
Przy czym wydawałem głosik tak misterny, że drapało mnie w gardle.