A gdy potem wchodziłem (w małej dziewczęcej sukience, którą nosiłem zawsze z podkasanymi wysoko rękawkami), wtedy byłem po prostu Zosią, maminą małą Zosią, która się krzątała po domu i której warkocz musiała splatać maman, aby nikt nie pomylił jej z brzydalem Maltem, gdyby on wrócił kiedykolwiek. Nikt tego nie pragnął bynajmniej; o nie, maman i Zosia rade były, że się ulotnił, a ich rozmowy (kontynuowane przez Zosię wciąż tym samym wysokim głosikiem) składały się przeważnie z wyliczania niegrzeczności Maltego i wyrzekań na niesfornego chłopaka.

— Ach, tak, ten Malte — wzdychała maman.

A Zosia wiele umiała powiedzieć o niegodziwości chłopców w ogóle, jak gdyby ich znała Bóg wie ilu.

— Chciałabym wiedzieć, co się z Zosią stało — mówiła maman nagle wśród takich wspomnień.

Tu oczywiście Malte nie umiał udzielić objaśnień. Ale kiedy maman wyraziła przypuszczenie, że ona z pewnością umarła, Malte sprzeciwiał się przekornie i zaklinał, aby w to nie wierzyła, chociaż tego absolutnie dowieść nie było można.

Gdy teraz myślą przebiegam to wszystko, muszę się dziwić, iż z tego świata gorączek zawsze jednak powracałem do cna i wżywałem się w to najzupełniej wspólne życie, gdzie każdy chciał się utwierdzić w poczuciu, że jest u znajomych, i gdzie tak się ostrożnie, znośnie żyło w tym, co łatwe i zrozumiałe. Tam oczekiwało się czegoś i to coś przychodziło albo nie przychodziło, trzecia możliwość nie istniała. Były tam rzeczy smutne raz na zawsze, były rzeczy miłe i cała moc podrzędnych. Gdy jednak komuś sprawiało się radość, to była to radość, a on musiał zachowywać się odpowiednio. Właściwie wszystko to było bardzo proste — a skoro raz się było na tropie, wszystko szło jak z płatka. W tych umówionych granicach wszystko już się potem mieściło: długie, jednostajne lekcje w szkole, kiedy na dworze było lato; spacery, o których trzeba było opowiadać po francusku; goście, do których trzeba było wyjść i którzy uważali, że się jest komicznym właśnie wtedy, gdy się smutnym było, a którzy tak się dzieckiem bawili, jak się ludzie bawią niekiedy strapioną miną pewnych ptaszków, co innej miny nie mają. No i naturalnie imieniny, na które sproszono dzieci prawie nieznajome, zakłopotane dzieci, przy których mieszał się sam solenizant, albo zuchwałe, które gospodarzowi drapały twarz i psuły to, co przed chwilą dostał, a potem nagle odjeżdżały, gdy wszystko powyciągane z szuflad i pudeł leżało jak groch z kapustą.

Kiedy się wszakże bawiło samemu, mogło się jednak wydarzyć, że się ów umówiony, na ogół nieszkodliwy świat przekraczało niepostrzeżenie i wpadało w stosunki zgoła odmienne i najzupełniej nieprzewidziane.

Mademoiselle miewała niekiedy migreny, objawiające się niezwykle silnie, a były to dni, kiedy trudno było mnie znaleźć. Wiem, że wówczas wysyłano do parku stangreta, skoro ojciec wpadł na pomysł zapytania o mnie, a mnie nie było. Z góry, z pokoju gościnnego, mogłem obserwować, jak stangret wybiegł i wołał mnie na początku długiej alei.

Te gościnne pokoje znajdowały się jeden przy drugim pod szczytem dworu w Ulsgaard i prawie stale były puste, jako że w owych czasach bardzo rzadko miewaliśmy gości. Tuż obok natomiast był ów duży pokój narożny, pociągający mnie tak niezwykle. Nic tam nie było prócz starego popiersia, jak mi się zdaje, admirała Juela, ale ściany wokoło były obstawione głębokimi, szarymi szafami w ten sposób, że nawet okno umieszczone było aż nad szafami w pustej bielonej ścianie. Klucz znalazłem w jednej z szaf, a stosował się do wszystkich innych. Tak w krótkim czasie przeszukałem wszystko: fraki szambelańskie z osiemnastego wieku, zupełnie zimne od whaftowanych nitek srebrnych, i do tego piękne wyszywane kamizelki, stroje orderów Słonia i Dannebrog, które zrazu uważałem za suknie kobiece, tak były bogate i ceregielne, i z podszewką tak miękką w dotyku. Dalej prawdziwe toalety dworskie, podtrzymywane szkieletami, wisiały sztywno jak marionetki z jakiejś zbyt długiej sztuki, która tak dalece wyszła z mody, że się ich głowy zużyło do innych celów. A obok były szafy, w których ciemno było, gdy się je otwierało, ciemno od wysoko zapiętych mundurów, a te mundury miały wygląd znacznie bardziej znoszony niż wszystko i właściwie chciały się nie przechować.

Nikt się nie będzie dziwił, że to wszystko wyciągałem na światło; że to i owo przykładałem do siebie lub przymierzałem, że kostium, który mógł się mniej więcej nadawać, nakładałem porywczo i pędziłem w nim, ciekawy i wzburzony, do najbliższego pokoju gościnnego, przed wąskie zwierciadło między oknami, złożone z pojedynczych, nierówno zielonych kawałków szkła...