Wlepiłem oczy w tego wielkiego, strasznego nieznajomego przede mną i ta samotność z nim jednym wydała mi się potworna. Lecz w tej samej chwili, kiedy to pomyślałem, stała się rzecz ostateczna: straciłem resztę rozumu, po prostu odpadłem. Przez jedną sekundę czułem nieopisaną, bolesną i daremną tęsknotę za sobą samym, potem już tylko był on: nie było nic prócz niego.

Rzuciłem się do ucieczki, ale teraz uciekał on właśnie. Potrącał o meble, nie znał domu, nie wiedział, dokąd biec; zbiegł po jakichś schodach, wpadł w korytarzu na jakąś osobę, która wyrwała się z krzykiem. Otwarły się kędyś drzwi, wypadło kilka osób: och, och, jak to dobrze, że się je znało! To była pani Sieversen, dobra pani Sieversen, i pokojówka, i kamerdyner: teraz musiało się rozstrzygnąć. Lecz oni nie podbiegli na ratunek; okrutność ich nie miała granic. Stali tak i śmiali się, mój Boże, oni mogli stać i śmiać się.

Płakałem, ale maska nie przepuszczała łez, one w środku ciekły mi po twarzy i wysychały zaraz, i ciekły znów, i wysychały. I wreszcie ukląkłem przed nimi, jak nigdy nie klęczał człowiek żaden: klęczałem i ręce wzniosłem ku nim, i błagałem:

— Wyjąć, jeżeli jeszcze można, i zatrzymać!...

Ale oni nie słyszeli. Nie miałem już głosu.

Pani Sieversen opowiadała przez całe życie, jak upadłem i jak wciąż dalej się śmiali w przekonaniu, że tak trzeba. Tak do tego u mnie przywykli. Ale potem jednak leżałem jeszcze i nie odpowiadałem. I to przerażenie, kiedy wreszcie odkryli, że jestem nieprzytomny, i leżę jak drewno we wszystkich tych szmatach, dosłownie jak drewno.

Czas szedł nieobliczalnie prędko — i nagle znowu nadeszła chwila, kiedy trzeba było zaprosić pastora, doktora Jespersena. Zaczynało się wówczas dla obu stron mozolne i długotrwałe śniadanie. Przyzwyczajony do bardzo pobożnego sąsiedztwa, które się zawsze po prostu rozpływało nad nim, u nas wcale nie czuł się dobrze; był niejako wyrzucony na ląd i łykał powietrze. Oddychanie skrzelami, jakie w sobie wykształcił, odbywało się z trudem, tworzyły się bąble i wszystko to nie było zupełnie bezpieczne.

Tematu do rozmowy, o ile mam być dokładny, nie było wcale; oddawało się resztki po niebywałych cenach, była to wyprzedaż wszelkich zapasów. Doktor Jespersen u nas musiał się ograniczać do czegoś w rodzaju osoby prywatnej; tym natomiast właśnie nigdy nie był. Jak daleko myślą mógł sięgnąć wstecz, zawsze zaangażowany był w fachu duchowym. Dusza była dlań publiczną instytucją, którą reprezentował, a potrafił nigdy nie być poza służbą, nawet w stosunku do własnej żony, „swojej skromnej, wiernej Rebeki, przez rodzenie dzieci dostępującej zbawienia” — jak wyraził się w innym wypadku Lavater.

(A zresztą co się tyczy ojca mego, to postawa jego wobec Boga była najzupełniej poprawna, uprzejma bez zarzutu. W kościele nieraz mi się zdawało, jakby łowczym był u Pana Boga, kiedy stał i czekał, i skłaniał się. Maman natomiast uważała to za obrazę niemal, że ktoś mógł być uprzejmym w stosunku do Boga. Gdyby była natrafiła na religię o wyraźnych i szczegółowych ceremoniach, odczuwałaby błogość nie lada w długotrwałym klęczeniu i padaniu na twarz, i żegnaniu się wielkim znakiem krzyża na piersiach i wkoło ramion. Modlitwy właściwie mnie nie nauczyła, ale czuła się spokojna, ponieważ klęczałem chętnie i ręce składałem, raz zgięte, to znów wyprostowane, zależnie od tego, co mi się wydawało w danej chwili bardziej wyraziste. Zostawiony w spokoju jakim takim, wcześnie przeżyłem szereg etapów rozwoju, które dopiero znacznie później w czasie rozpaczy odniosłem do Boga — i to z taką gwałtownością, że Bóg utworzył się i znikł w tej samej prawie chwili. Oczywiście potem zaczynać musiałem zupełnie od nowa. Przy tym zaczynaniu nieraz mniemałem, że potrzebna mi jest maman, aczkolwiek naturalnie słuszniej było przechodzić to samemu. A wówczas ona też już dawno nie żyła.65)

Wobec doktora Jespersena maman umiała być prawie swawolna. Wdawała się z nim w rozmowy, które on brał poważnie, a kiedy potem zabierał głos, uważała, że to wystarcza, i nagle zapominała o nim, jak gdyby go już nie było.